
Po chwili — z punktu widzenia Akwili była to wieczność — zostawiły za sobą pola uprawne i zaczęły manewrować między wzgórzami. Pojakimś czasie zalesione pagórki też zostawiły z tyłu i teraz leciały ponad bystrymi nurtami białej szerokiej rzeki usianej kamiennymi głazami. Woda pryskała im na buty.
— Mogłabyś się odchylić nieco w tył — doszedł ją głos starszej wiedźmy. — To trochę niebezpieczne!
Akwila zaryzykowała jedno zerknięcie nad ramieniem czarownicy i ażjej dech zaparło.
Na Kredzie nie było zbyt wiele wody, poza niewielkimi strumykami, które ludzie tam nazywali potokami. Spływały ze wzgórz na wiosnę, a latem wysychały. Wielkie rzeki otaczały Kredę, ale toczyły swe wody powoli i spokojnie.
Awoda przed nimi nie była ani powolna, ani łagodna. Spadała pionowo.
Rzeka wznosiła się aż po ciemnobłękitne niebo, sięgała do gwiazd. Miotła ruszyła wzdłuż niej.
Akwila odsunęła się do tyłu i zaczęła krzyczeć, nie przestała aż do chwili, gdy znalazły się ponad wodospadem. Słowo to oczywiście znała, ale słowo nie było ani takie wielkie, ani takie mokre, a przede wszystkim nie było takie głośne.
Wszechobecny pył wodny przemoczyłją do nitki. Hałas wdzierał się wjej uszy. Trzymała się kurczowo pasa panny Libelli, kiedy przedzierały się przez ten grzmot i powietrze, które też było wodą, i czuła, żejeszcze chwila, anie da rady…
…potem nagle wyleciała do przodu, hałas wodospadu został gdzieś z tyłu, a miotła, znowu poruszająca się raczej wzdłuż niż pod, przyspieszyła ponad powierzchnią wody, która choć nadal podskakiwała i gulgotała, miałajednak na tyle przyzwoitości, by robić to na ziemi.
Wysoko ponad głową Akwila zobaczyła most. Rzekę po obu stronach obejmowały ściany zimnej skały, ale stawały się coraz niższe, rzeka coraz spokojniejsza, a powietrze coraz cieplejsze, wreszcie miotła prześlizgnęła się po spokojnej tafli jeziora, które najprawdopodobniej wcale się nie spodziewało, co się z nim stanie. Srebrna ryba umknęła, widząc ich cień na powierzchni.
