
— Naprawdę?
— Nigdy dotąd nie złamałem swego słowa — odparł Rozbój. — No chyba że słowa danego policjantowi i takim tam, a to się nie liczy.
— Zostaniesz? Będziesz mi posłuszny? — Joanna pociągnęła nosem. Rozbój westchnął.
— Tak, będę posłuszny.
Joanna siedziała przez chwilę w milczeniu, a potem odezwała się ostrym zimnym głosem wodzy:
— Rozboju Figlu, więc mówię ci teraz: Idź i uratuj dużą ciutwiedźmę.
— Co?! — Rozbój rozdziawił w zdumieniu usta. — Przecież właśnie mi powiedziałaś, że mam tu zostać…
— Wtedy przemawiała do ciebie żona, Rozboju. A teraz mówi wodza. — Joanna stała z wysuniętym do przodu podbródkiem, wyglądała na zdeterminowaną. — Jeśli nie wykonasz polecenia wodzy, zostaniesz wygnany z klanu. Więc lepiej mnie słuchaj. Weź tylu ludzi, ilu ci potrzeba, i ruszajcie, zanim będzie za późno. Idźcie w góry i przypilnujcie, żeby czarownica wróciła do nas i żeby nic złego jej się nie przydarzyło. I uważajcie, żeby wam też nic złego się nie stało. To rozkaz. Nie, to coś więcej niż rozkaz. To cel, jaki wam wyznaczam. Musicie go osiągnąć!
— Aleja… — Rozbój niczegojuż nie rozumiał.
— Jestem wodzą, Rozboju — powiedziała Joanna. — Nie mogę kierować klanem, którego szef jest przybity. A wzgórza, po których będą biegać nasze dzieci, muszą mieć swoją wiedźmę. Każdy wie, że ziemia potrzebuje, by ktośjej powiedział, czymjest.
Coś w tym, jak Joanna wymówiła słowo „dzieci”, spowodowało, że Rozbój, który nie był największym z myślicieli, powiązał koniec z końcem.
— O tak, Rozboju — powiedziałaJoanna, widząc, co maluje się najego twarzy. — Wkrótce wydam na świat siedmiu synów.
— Och! — jęknął Rozbój. Nie pytał nawet, skąd wiedziała, ilu ich będzie. Wodza po prostu wie takie rzeczy.
— To wspaniale! — wykrzyknął.
— I córkę, Rozboju — dodała. Popatrzył na nią w zadziwieniu.
