Gdy uznał, że konsystencja jest odpowiednia, potrząsnął puszką parę razy, opatrzył swoje zmasakrowane palce i przelał cały ten obrzydliwy płyn do dużej butelki płynu po goleniu, który kupił tydzień temu. Była wyposażona w rozpylacz.

— A teraz — mruknął, rzuciwszy nóż i placek na biurko, zgasił światło, wlał do łóżka i zaczął żuć salami. Teraz strzeżcie się Irvinga Bommera!


Zapomniał nastawić budzik i obudziły go dopiero rytualne śpiewy, jakie sąsiad zza ściany urządzał przy myciu.

„Dwadzieścia minut, żeby się ubrać i wyjść — do pracy — uświadomił sobie, odrzucając kołdrę i stając przed miednicą. — I bez śniadania!”

Ale pani Nagenbeck zderzyła się z nim na dole. Miała figlarny uśmiech na twarzy, a w ręku tacę. Nie zważając na jego protesty, nalegała, żeby co nieco przekąsił.

Gdy gorączkowo zmiatał jajecznicę z głębokiego talerza, rozmazując ją sobie na twarzy, bo ciągle rzucał głową, jak clown w cyrku, aby uniknąć namiętnych pocałunków pani Nagenbeck, zastanawiał się, gdzie się podziała ta sztywna i groźna gospodyni, której bał się jeszcze wczoraj.

Której bał się jeszcze wczoraj!…

Korzystając z okazji, że pani Nagenbeck poszła po słoik kawioru („żeby do kawki miał pan kanapeczkę z kawiorem”), popędził z powrotem do pokoju.

Zerwał koszulę i krawat, a po namyśle jeszcze podkoszulek. Wycelował w sobie otwór rozpylacza i ścisnął gumową kulkę. Spryskał sobie twarz, włosy, uszy, szyję, klatkę piersiową, plecy, ręce, brzuch. Wcisnął nawet rozpylacz za pasek od spodni i prysnął tam sporą dawkę. Gdy ręka, nie-przyzwyczajona do takich ćwiczeń, zaczęła mu drętwieć, przestał w końcu i zaczął się ubierać. Zapach przyprawiał go o mdłości, ale mimo to czuł się zadziwiająco lekko na duchu.



10 из 20