
Irving Bommer głośno przełknął ślinę, która zebrała mu się w ustach i uświadomił sobie, że jest straszliwie głodny.
Sądząc po zegarku kuchnia powinna być ciemna i pusta. Można się było tam dostać tylnymi schodami trzeszczącymi, biegnącymi łukiem obok jego pokoju.
Jednakże pani Nagenbeck, zbudzona niedozwolonym najazdem na swoją spiżarnię, łączyła w jedną harmonijną całość najbardziej charakterystyczne cechy wszystkich trzech furii. Boże, zadrżał Irving Bommer, jeśli mnie złapie…
„Trudno, przyjacielu, to ryzyko, które trzeba podjąć” — zainterweniował szorstko żołądek.
Drżąc na całym ciele i czyniąc straszliwy hałas, poszedł na dół na samych czubkach palców.
Macając w ciemnościach, znalazł drzwi od lodówki. Poczuł skurcz w żołądku. Dokładna inspekcja i kilka mocnych pociągnięć nosem pozwoliły mu znaleźć trzy czwarte salami, pół ryżowego placka i ciężki nóż o trójkątnym ostrzu w rodzaju tych, jakie są niezbędne przy abordażowym ataku statku pirackiego na hiszpański galeon.
„Okay”, rzekł żołądek, liżąc dwunastnicę: do roboty!
Pstryknął wyłącznik światła w pokoju obok kuchni. Irving zatrzymał się w połowie plasterka. Ciało było idealnie nieruchome, ale serce i rozgadany żołądek fikały koziołki jak para akrobatów w porywającym finale wodewilu. Jak zawsze, gdy był przestraszony, zaczął się tak obficie pocić, że stopy ślizgały mu się w przyciasnych butach.
— Kto tam? — zawołała pani Nagenbeck. — Czy ktoś jest w kuchni?
