Rezygnując z odpowiedzi, choćby i przeczącej, Irving Bommer uciekł cicho na górę z jedzeniem, nożem i zupełnie zdezorientowanymi narządami wewnętrznymi.

Wróciwszy do pokoju, dyszał i nasłuchiwał przez chwilę z palcem na wyłączniku, wreszcie uśmiechnął się. Nie zostawił żadnych śladów.

Nie spiesząc się poszedł w stronę łóżka, gryząc plasterek salami, mile zaskoczony własną odwagą. Purpurowe lekarstwo leżało tam, gdzie je rzucił. Zabłysło czerwienią; trochę też było niebieskie; potem znów nieco…

Usiadł na łóżku i zaczął odkręcać buteleczkę kciukiem i wskazującym palcem ręki. Aż uniósł brwi z wysiłku. „No to — pomyślał — nóż przekładamy do prawej ręki, przytrzymujemy pod pachą, łapiemy butelkę porządnie lewą ręką i mocno kręcimy pokrywką. W międzyczasie nie przestajemy żuć. A pod naszą pachą nóż wierci się niecierpliwie, próbując znaleźć drogę do tego cennego organu.”

Nakrętka była mocno zakręcona. Może nie trzeba tego otwierać. Może tłucze się butelkę i używa wszystkiego naraz. W każdym razie będzie się tym martwić później. W tej chwili miał salami, mały placek ryżowy. I dwa dolary zamiast dwunastu.

Już stawiał butelkę, kręcąc wieczkiem ze złością tam i z powrotem na dowód, że to jeszcze nie koniec. Nakrętka puściła. Bommer odkręcił ją do końca zdziwiony więcej niż trochę. Nigdy nie przypuszczał, że butelki na lekarstwa mogą mieć lewoskrętny gwint.


Dziwny zapach. Jak… jak namydlone, wyszorowane i ubrane w świeżą pieluchę niemowlę, które nagle stwierdziło, że pełny pęcherz nawet w połowie nie jest tak przyjemny jak pusty. Płyn w butelce był granatowy. Powąchał jeszcze raz. Nie, ten zapach bardziej przypominał mocno owłosionego mężczyznę, który spędził popołudnie przy kilofie i łopacie, i nie widział powodu, żeby brać dzisiaj kąpiel, niszcząc w ten sposób czule hołubiony zwyczaj niemycia się. Ale gdy Irving Bommer medytował dalej, buteleczka zabłysła jaskrawym szkarłatem. A gdy podniósł ją do nosa, żeby powąchać po raz ostatni, zdziwił się, jak mógł nie poznać tego zapachu. Był wprawdzie niemiły, i to bardzo, ale łatwo go było odróżnić. Pachniał jak… może nie jak dym ze stęchłego tytoniu… nie, ani też jak świeżo nawożone pole…



6 из 20