
Pani Nagenbeck stała w drzwiach w pachnącej lawendą koszuli nocnej, ściągając brwi i szeroko otwierając nozdrza.
Salami! Z jej doświadczeniem w prowadzeniu pensjonatu mogła zupełnie pewnie po samym zapachu trafić na właściwy róg poduszki, pod którą ją ukrył.
— Co za śmieszny… — zaczęła pani Nagenbeck niepewnie, a groźne zmarszczki powoli znikały z jej twarzy. — Co za dziwaczny zapach! Taki niezwykły… specyficzny, tak… Och, biedny pan Bommer… skaleczył się pan?
Potrząsnął głową, oszołomiony wyrazem jej twarzy, którego nigdy dotąd nie widział. Nie był to gniew, ale z pewnością wyglądało to niebezpiecznie. Cofnął się do pokoju. Pani Nagenbeck weszła za nim, wydając różne dźwięki, aż wreszcie doszła do czegoś w rodzaju gruchania.
— Niech zobaczę te skaleczone paluszki, co za rozcięcie, draśnięcie, i siniak! — zawołała z niepokojem, odciągając mu rękę od ust z siłą zdobią wyrwać parę zębów. — Oo-ooch, czy to boli? Ma pan jodynę albo nadtlenek rtęci, żeby to odkazić? A laseczkę do tamowania krwi? A bandaże z gazy, żeby to zawinąć i opatrzyć?
Ujęty tą zadziwiającą zmianą jej nastroju, Irving Bom-mer wskazał brodą na apteczkę.
Wciąż wydawała te dziwne, krępujące go dźwięki, opatrując ranę takim bandażem, jakby zranił się piłą tarczową. Za każdym razem, gdy podnosiła oczy i napotykała wzrok Irvinga Bommera, uśmiechała się i robiła szybki wydech. Ale gdy oglądając swe dzieło, znienacka złożyła długi, głośny pocałunek na jego dłoni, przestraszył się.
Ruszył do drzwi z panią Nagenbeck przypiętą do jego bezcennej ręki.
— Wielkie dzięki — powiedział. — Ale już późno. Muszę się kłaść spać.
Pani Nagenbeck puściła jego rękę.
— Chce pan, żebym sobie poszła — stwierdziła z wyrzutem.
A gdy kiwnął głową, przełknęła ślinę, uśmiechnęła się dzielnie i przeszła przodem, ocierając się o niego i prawie urywając guziki jego koszuli.
