Coś w głosie czy może w ruchach? Nie, głos miała szorstki, a ruchy zamaszyste, bez wdzięku. Zaczął przyglądać się jej uważnie. Zgadywał, ile może mieć lat. Coś pomiędzy czterdzieści a pięćdziesiąt. Prawdopodobnie niezamężna. Szaroblond włosy były trochę za bardzo ściągnięte i upięte z tyłu głowy w zbyt ciasny kok. Rysy nie wyróżniały się pod żadnym względem. Dość ładne, ale wiek zaczynał dawać o sobie znać w zmarszczkach wokół oczu i wyraźnych zagłębieniach przy kącikach ust. Dwa razy nikt by się za nią nie obejrzał.

– Dziękuję pani – odparł. – Znalazłem kilka adresów, które będę musiał sprawdzić.

Głos urzędniczki nie bardzo pasował do słów, gdy powiedziała:

– Gdybym mogła się w czymś przydać, to…

– Bardzo dziękuję, ale nie chciałbym obciążać pani moimi kłopotami.

Skrzywiła się lekko.

– Ech, moja praca zawodowa nie jest specjalnie podniecająca.

Więc było w niej sporo ludzkich uczuć mimo tego chłodu i rezerwy w zachowaniu?

– W takim razie – uśmiechnął się – w takim razie rzeczywiście miałbym pytanie…

– Bardzo proszę!

Andre pokazał jej swoje notatki, które przywiózł z domu.

– Proszę spojrzeć. Napisano tutaj, że Petra wspomniała coś o swoim pierwszym dziecku. „Do przy…” Co by to mogło znaczyć?

Kobieta ożywiła się.

– Bez wątpienia znaczy to: do przytułku.

– A co to takiego?

– Dom dla dzieci pozbawionych opieki. Miejsce otoczone złą sławą. Szczerze mówiąc nie wiem, czy to w dalszym ciągu u nas egzystuje, bo dużo się mówiło, że należy je zlikwidować. Teraz takie miejsca nazywa się domami dziecka, ale stara nazwa „przytułek” jeszcze się zachowała jak smutna, lepka, przypominająca złe czasy etykieta. Ale tutaj widzę błąd – zauważyła.

– Tak? Gdzie?

Wodziła palcem wskazującym po notatkach Andre przywiezionych z Lipowej Alei.

– Tutaj zostało napisane, że Petra Olsdatter miała w chwili śmierci siedemnaście lat.



12 из 196