
Andre, syn Benedikte i Sandera, nie przejawiał szczególnej chęci do nauki, akurat pod tym względem nie wybijał się wśród Ludzi Lodu. Benedikte napełniało to smutkiem, zresztą odpowiedzialnością obarczała siebie, bo przecież w rodzinie Sandera byli uczeni i profesorowie różnych specjalności.
„Cóż za głupstwa!” kwitował to zwykle jej mąż. „Czy to wśród Ludzi Lodu brak utalentowanych osób? A poza tym czy każdy musi być wyjątkowo inteligentny? To snobizm, wiem o tym dobrze, wielokrotnie mogłem się o tym przekonać w środowisku, w którym dorastałem. Nasz Andre to wspaniały chłopak. Jeśli interesują go automobile i inne motory, pozwól mu na to! Jestem dumny z mojego syna, a ty nie?”
Owszem, Benedikte też była dumna z Andre, nikt nie mógł mieć co do tego najmniejszych wątpliwości. W tej sytuacji marne świadectwa szkolne chłopca schowano w głębokiej szufladzie i pozwolono mu zajmować się czym chce.
W 1912 z roku, kiedy Andre skończył dwadzieścia lat, na świecie nie działo się najlepiej. Stosunki pomiędzy pięcioma mocarstwami Europy: Anglią, Francją, Rosją, monarchią austro-węgierską i Niemcami stawały się coraz bardziej napięte. W Norwegii jednak panował względny spokój. Wystarczało problemów z tym, jak kierować dość surowym norweskim narodem. Tyle spraw wymagało wsparcia po blisko sześciu wiekach obcej dominacji. Przemysł, rolnictwo, rybołówstwo, rzemiosło chylące się ku upadkowi, a ponadto ruchy kobiece i związkowe, utworzenie monopolu spirytusowego, sprawy religii i języka, oświata, partie polityczne, kultura, opieka nad dziećmi… Tysiące nici trzeba powiązać i spleść, zanim powstanie nowoczesne społeczeństwo. Na szczęście świeżo odzyskana niepodległość budziła w Norwegach gorące uczucia patriotyczne.
W Lipowej Alei także robiono wiele, by przyczynić się do budowy dobrze zorganizowanego państwa. Ludzie Lodu jednak zawsze żyli w pewnym sensie na uboczu.
