
– Panie Hendriks!
– Jarl – jeszcze raz ją poprawił i znów wyciągnął rękę. – Dlaczego nie uporamy się z tym uściskiem ręki. Ciągle nie wiem, jak pani na imię.
– Sara – Wyrzuciła z siebie z twarzą czerwoną z irytacji. Potem szybciej niż rozzłoszczona kotka wyciągnęła rękę i natychmiast ją wycofała. – Ma pan swój uścisk dłoni. Pójdzie pan wreszcie?!
Jej dłoń była mała, miękka, wilgotna ze zdenerwowania i strachu, niezależnie od tego, jak bardzo kobieta starała się sprawiać wrażenie chłodnej i opanowanej.
– Wokół jeziora znajduje się nie więcej niż pół tuzina domów. Pewnie nikt nie będzie tu pani nachodził. Ale jeśli obawia się pani obcych, będę zwracał uwagę na wszystko teraz, kiedy już wiem, że wyspa jest zamieszkana. Zanim jednak pobiegnie pani do domu, aby zaparzyć mi kawę, muszę panią rozczarować. Czas na mnie. Szczupaki nie biorą, kiedy mija ranek. Ale wrócę, żeby nauczyć panią, co robić z bronią.
– Nie!
Nie miał czasu na utarczki słowne. Z powodu tych wszystkich nonsensów nie przywiązał starannie łodzi i, chociaż była wciąż na mieliźnie, kołysała się już niebezpiecznie. Jeszcze kilka minut i będzie musiał płynąć milę do brzegu, niezależnie od tego, czy będzie miał na to ochotę, czy też nie.
– Któregoś wieczoru przyniosę pani pstrąga na kolację, jeżeli będę mógł. Oczywiście niczego nie obiecuję. Ryby w tym jeziorze są sprytne i wyczulone na wędkarzy. Nie dają się łatwo złapać.
– Nie!
Wszedł do lodzi i powoli ją odepchnął.
– Proszę pamiętać, mój dom jest z ciemnego cedru. Może go pani ujrzeć z drugiego krańca wyspy. Jeśli będzie pani potrzebować pomocy…
– Nie!
Gdyby uważnie wsłuchał się w jej lakoniczne wypowiedzi, nabrałby z pewnością przekonania, że nie jest tu mile widziany.
Jej drobna sylwetka malała coraz bardziej, kiedy odpływał od wyspy. Słońce rzucało czerwone światło na jej włosy i w tym momencie uświadomił sobie, że jest prześliczna. Patrzyła na łódź, dopóki nie przekonała się, że z pewnością odpływa. Była taka krucha. Jarl słyszał jakby wewnętrzny głos błagający, żeby pozostawił ją w spokoju.
