
Wiał niespokojny letni wiatr, jezioro lśniło, marszcząc się pod uderzeniami wioseł. Ujrzał przepływającego pstrąga i poczuł, że słońce zaczyna ostro przypiekać. Był głodny. Nagłe zdał sobie sprawę, że znowu jest zwykły poranek – słońce, woda, upał i głód. Mewa polująca przy brzegu rozwrzeszczała się przeraźliwie, gdy uciekła jej zdobycz. Być może innym razem uśmiechnąłby się na ten widok, ale nie dziś.
Nie chciała, aby ktokolwiek zbliżał się do niej lub do dziecka. To było całkiem jasne, a Jarl nigdy nie pchał się tam, gdzie był niemile widziany. Poza tym nigdy nie starał się zmusić do czegokolwiek żadnej kobiety. Może miała jakieś kłopoty, ale to nie była jego sprawa. Nie znał jej i nie miał powodów, żeby interesować się tym. Najlepiej będzie zapomnieć o całym incydencie.
I nagle zdecydował, że tak właśnie postąpi.
Długo po tym, jak mężczyzna opuścił wyspę, Sara wciąż stała w tym samym miejscu. Jej ręce były lodowato zimne, a serce ciągle biło dziko. Nie opuszczał jej przejmujący lęk.
Kiedyś ktoś musiał ich odnaleźć. Przygotowywała się na to setki razy. Przemyślała dokładnie, co powie, jak się zachowa, co będzie musiała zrobić. I wszystko potoczyło się nie tak, jak zakładała. Wystarczyło, że raz na niego spojrzała i natychmiast wpadła w panikę. Nie możesz sobie pozwalać na tego rodzaju błędy, Saro, powiedziała do siebie. Jesteś taka głupia…
Z wykrzywioną grymasem twarzą podeszła do dubeltówki i podniosła ją z takim entuzjazmem, jakby dotykała pająka. To Max nalegał, żeby miała broń. Jednak nawet ważka wypadłaby lepiej w roli żeńskiego Rambo.
Niedobrze się stało. Co będzie, jeśli ją rozpoznał? Albo jeśli rozpoznał Kipa?
