
– Mam nadzieję, że nie mieszka tu pani tylko z dzieckiem – powiedział Jarl. – Sporo tu roboty. Od dawna hoduje pani gołębie?
– Nie!
Jego spojrzenie przeniosło się z powrotem na nią.
– Ten ptak, którego wczoraj ratowałem, musi należeć do pani.
– Nie hoduję ptaków!
. Nieźle kłamała, pomyślał. Wyprężyła się, wciskając palce w przednie kieszenie spodni i gest ten zwrócił uwagę Jarla na jej piersi. Mieściły się w dolnej granicy jego ulubionych rozmiarów, ale było coś niepokojącego w długiej szyi i w tym, jak czerwona tkanina układała się na małych wzgórkach. Kobieta była bardzo delikatna, w sam raz do letnich wiatrów, dżinu z tonikiem, leniwych flirtów i koronek.
Wyglądała jak łagodna, uprzejma dama, lecz nie miał wątpliwości, że rzuciłaby się na niego, gryząc i drapiąc, gdyby ją wystraszył. Ją albo chłopca. Może właśnie dlatego nie mógł odejść. To był zwykły poranek. On był zwykłym, nieszkodliwym intruzem. Mała wysepka nie była siedliskiem kryminalistów ani terrorystów. Co ją tak przeraziło, że zareagowała na obcego, jakby był potworem?
– Chyba przestraszyłem małego – przyznał pogodnie. – Nie zamierzałem. Większość dzieciaków, patrząc na mnie, szybko się orientuje, że nie jestem tym groźnym typem obcego, którego należy unikać. – Ukryte w tych słowach przesłanie było zupełnie jasne, ale kobieta znów powiedziała to, co przedtem.
– Panie Hendriks, proszę odejść!
– Jarl – poprawił ją uprzejmie.
– Wydaje mi się, że pani mnie nie słucha. Proszę o to, chociaż zapomniałam naładować broń…
Musiał ją poprawić.
– Nigdy w życiu nie ładowała pani broni.
– …więc może odniósł pan wrażenie, że nie mówię poważnie. Mówię bardzo poważnie. Nie chcę tutaj ani pana, ani kogokolwiek innego. To moja wyspa. Nie widział pan zakazu wstępu?
Skinął głową.
– Widzę, że ma pani prądnicę – rozejrzał się dookoła. – Żadnych drutów elektrycznych ani telefonicznych. Ale zupełnie kiepsko byłoby tu żyć bez prądnicy.
