Szybkim krokiem ruszyła w stronę ocienionej werandy. Weszła do sypialni i schowała karabin w szafie, a następnie zaczęła nawoływać syna.

Jak zwykle zjawił się nagle. Z krzaków wyłoniła się para poważnych oczu, zapiaszczone kolana i rozczochrane włosy. Przytulał do siebie nieodłączny spychacz. Patrzyła na niego i nagle poczuła, że nie może już dłużej czekać, aż chłopiec do niej podejdzie. Rzuciła się w jego stronę i porwała go na ręce. Mimo szczupłej sylwetki był dość ciężki, tym bardziej, że wyginał się jak oszalały. Pachniał mlekiem, leśnym zielskiem i pastą do zębów. Był to dla niej zapach miłości, ponieważ tak pachniał jej,syn, jedyna osoba na całym świecie, która się liczyła.

– Potrzebuję twojej pomocy, młody człowieku – mówiąc to wycisnęła kilka mocnych całusów na jego policzkach.

Rok temu zareagowałby na te czułości przeraźliwym śmiechem, ale wtedy jej czteroletni syn nie wiedział jeszcze, co to jest piekło.

Patrzył na nią tym swoim zbyt poważnym spojrzeniem, aż wreszcie po kilku następnych pocałunkach uśmiechnął się nieśmiało. Nic nie mogło jej bardziej ucieszyć niż ta iskierka rozbawienia na jego buzi.

– Hej, pomożesz mi, czy będziesz mnie całował przez cały ranek?

– Mamo! Przecież to ty mnie całujesz!

– Chyba żartujesz – przekomarzała się z nim, chcąc na dłużej zatrzymać ten wyraz radości.

Lżej jej było nosić go na rękach, niż postawić na ziemi. Lżej dla serca, nie mięśni. Trzymając go blisko, oddzielała go sobą od całego możliwego zła. Przysięgała sobie, że uczyni wszystko, by już nikt i nigdy go nie zranił. Obiecywała mu bez słów, że kiedyś odzyska radość i ufność.

Trzy klatki z gołębiami wisiały na ścianie domu. Kiedy podeszli bliżej, ptaki zaczęły gruchać i niespokojnie podskakiwać.

– Jeszcze za wcześnie na karmienie – przypomniał jej Kip.

– Wiem, ale chcę wypuścić kilka, a sama nie potrafię otworzyć klatek.

– Potrafisz, mamo. To łatwe.

– Nie, nie potrafię – zaprzeczyła – to strasznie trudne.



12 из 120