
Dla Kipa nie było to trudne. Podważył zapadkę przy drzwiczkach i uśmiechnął się, chwytając ulubionego gołębia. Widać było, że kochał te ptaki.
Gołębie kolejno wydostawały się z klatki. Jeden usiadł na dachu, inny zatrzymał się w wyjściu. Nie śpieszyły się, ale znały swoje zadanie. Kiedy przewodnik stada wzbił się w górę, pozostałe podążyły za nim. Matka z synem obserwowali, jak sześć par skrzydeł łopocze nad jeziorem.
– Wrócą? – zmartwił się Kip. Zawsze o to pytał.
– Oczywiście – zapewniła.
– Chciałbym umieć latać – zadumał się chłopiec.
– Ja też – uśmiechnęła się. Nagle Kipp zmarszczył czoło.
– Dlaczego wypuściliśmy aż tyle naraz? Nigdy tego nie robimy.
Odwróciła uwagę Kipa, opowiadając o pływaniu i zaplanowanym pieczeniu ciasteczek. Każdego dnia wysyłała trzy gołębie do Maksa. Znaczyło to, że są zdrowi i bezpieczni. Gdyby coś stało się jej lub chłopcu, wypuściłaby wszystkie ptaki. Wysłanie sześciu ptaków to wiadomość, że Sara chce się z Maksem zobaczyć, chociaż nic się nie stało i nie grozi żadne niebezpieczeństwo.
Przypadkowy, obcy człowiek, który znalazł się na wyspie, nie był powodem do wpadania w taką panikę, ale Sara była śmiertelnie przerażona.
Rozdział 2
Nic nie odpędza koszmarów skuteczniej niż wysiłek fizyczny, zwłaszcza jeśli trwa prawie cztery godziny. Sara z ulgą wrzuciła motykę do szopy i zamknęła drzwi.
Słońce paliło ją w kark, krople potu spływały po brzuchu. Dwa nowe pęcherze piekły mocno i już dawno przestała się martwić, kiedy Maks tu dotrze. Kilka miesięcy temu wiedziała, że człowiek posiada co najwyżej kilkadziesiąt mięśni. Teraz czuła, że ma ich kilkakrotnie więcej, a każdy z nich potrafi rwać i boleć.
Oddałaby duszę diabłu za gorącą kąpiel i jakiś balsam. Spojrzała na świeżo skopany ogród i zmieniła warunki umowy – dusza za mięśnie, twardą skórę i zastrzyk energii.
