Ogród wyglądał znakomicie i o żywność nie trzeba było się martwić, ale nie mogła dłużej lekceważyć dziur w dachu. Podwórze było zarośnięte, schodek na werandę załamał się, przedpotopowa prądnica wyła dziko, a wewnątrz… tylko masochista chciałby wyliczać te wszystkie naprawy, które powinny być natychmiast wykonane, aby to miejsce można było wreszcie nazwać domem.

Trzy tygodnie ciężkiej pracy niewiele zmieniły. Nie potrzebowała luksusów. Zbyteczne były puszyste dywany, kosztowna zastawa czy jakikolwiek przepych. Chciała stworzyć jedynie przytulne i bezpieczne schronienie dla swojego syna.

Ssąc bolący pęcherz przeszła przez podwórze i oparła się o powyginany pień starego wiązu. Nie czuła już tak dotkliwego bólu mięśni, gdy patrzyła na chłopca bawiącego się swoim buldożerem.

Być może długie poranne pływanie sprawiło, że udało się jej nakłonić Kipa do poobiedniej drzemki. Popołudnie przeznaczył jednak na kopanie tunelu. Usiadł w zachodnim rogu podwórza i poważnie zabrał się do pracy, co jakiś czas wydając z siebie odgłosy brzmiące jak „brum, brum". Patrząc na syna, Sara uśmiechała się z rozczuleniem. Kurz wyraźnie upodobał sobie Kipa. Jedynie poważne, niebieskie oczy dziecka nie były zakurzone.

W pewnym momencie chłopiec cisnął zabawkę i uciekł do lasu. Znała swoje dziecko. Wyprostowała się i spojrzała w stronę przystani.

Po chwili ukazał się Maks niosący ogromne pudło i jak zwykle żujący cygaro. Stary podkoszulek podkreślał jego wydatny brzuch. Wytatuowany wąż wspinał się wzdłuż ramienia, a głęboka blizna rozcinała prawą brew na dwie części. Max z pewnością nie wyglądałby dostojnie nawet w smokingu.

Sara ruszyła w jego kierunku, uśmiechając się szeroko.

– Mam coś przynieść z łodzi?

– Zaraz sam to zrobię – rzucił pudło na werandę i przetarł czoło. – I tak dzisiejszy dzień jest terminem dostawy. Nie musiałaś wysyłać dodatkowych gołębi.

– Nie wysyłałam ich, żeby ci przypomnieć o dostawie, ale o tym porozmawiamy w środku – machnęła głową w kierunku lasu. Nie chciała, żeby Kip coś usłyszał.



14 из 120