
Miał jasne, myślące i łagodne oczy. Jak to wyjaśnić Maksowi? Lub zachowanie Kipa, który zawsze uciekał, kiedy jakikolwiek mężczyzna usiłował do niego podejść? Nie uciekał jednak, gdy obcy z nim rozmawiał. Ale Maks z pewnością nie uwierzyłby w to.
– Powiedział, że jest naszym sąsiadem, ma domek po drugiej stronie jeziora. Myślę, że przypłynął tu po prostu z ciekawości.
Dokładnie pamiętała jego zachowanie. Nawet kiedy trzymała go na muszce, nie wydawał się wstrząśnięty. Była dla niego okropna, a on spokojnie patrzył na nią i przemawiał tym miękkim, łagodnym głosem.
– Miał dziwny akcent – przypomniała sobie nagle – ale nic szczególnego. Po prostu jakoś miękko wymawiał pewne słowa.
– A, to Fin. Jarl Hendriks.
– Tak się przedstawił. Znasz go?
– Pewnie. Samotnik. Nigdy nie widziałem, żeby ktoś go odwiedzał. Sam zbudował ten swój domek.
– Maks zaczął bębnić palcami po stole. – Jak go przyjęłaś?
– Jak kompletna idiotka – powiedziała sucho.
– Akurat.
Nie uśmiechnęła się.
– Naprawdę. Nawet nie dlatego, że to było dla mnie zaskoczeniem. Każdego lata jakiś dzieciak czy turysta wiosłował tutaj, żeby odkryć wyspę. Wiedziałam, że to kiedyś znów nastąpi i byłam wewnętrznie przygotowana. Nie byłam tylko przygotowana, że zaczną mi drżeć kolana, kiedy go zobaczę.
– Masz tyle odwagi, że wystarczyłoby dla trzech mężczyzn, kochanie, i nie ma powodu, żeby ktoś skojarzył cię z tą damą z Detroit, dopóki sama się nie zdradzisz.
– Wiem.
– Teraz, z krótkimi włosami, wcale nie jesteś podobna do żadnego z tych zdjęć.
– Wiem – powtórzyła.
– O ile wiem, Hendriks pilnuje własnego nosa. Lepiej, że to był on niż ktokolwiek inny. – Zobaczył, że jej oczy ciągle są przestraszone i zagubione, więc zmienił taktykę. – Dobra. Możemy was przenieść. Nie wiem gdzie, ale moglibyśmy to zrobić. Ale jeśli jednego dnia jesteście na wyspie, a drugiego już was nie ma… cóż, jeśli nawet dotychczas nie był ciekawy, to z pewnością będzie.
