
Pod tą powierzchownością krył się jeszcze inny Jarl. Zaledwie kilka kobiet odkryło w nim czułego, oddanego kochanka, a żaden mężczyzna nie próbował zadrzeć z nim po raz wtóry. Jeśli wierzył w jakąś sprawę, była to wiara głęboka i prawdziwa, bez żadnych kompromisów i układów. Siła Jarla przejawiała się w spokoju. Mężczyzna nie potrzebuje przechwalać się odwagą.
To wszystko nie miało w obecnej sytuacji znaczenia. Liczyło się tylko to, co kobieta w nim dostrzegała. Dał jej trochę czasu, aby zorientować się, czy nie bierze go czasem za dalekiego krewniaka groźnego niedźwiedzia. Przyglądała się mu, ale była tak przestraszona, że nic nie widziała. Jarl zrobił kolejny krok i wyciągnął rękę.
– Proszę się nie zbliżać! Nie chcemy tu gości. To grunt prywatny. Przykro mi, jeśli wydaję się niegościnna, ale tak jest i ja… – przerwała nagle.
Jej głos był zachrypnięty i kojarzył się ze zmysłową pieszczotą. Był to rodzaj głosu, którego dźwięk nasuwa mężczyźnie obraz księżycowej poświaty i satynowych prześcieradeł. Oczywiście w innej sytuacji. Z całą pewnością nie w tej.
Trzymając prawą rękę wciąż wyciągniętą, powoli ruszył lewą i wyrwał jej broń. Wydała cichy głos, jakby pisk zwierzęcia złapanego w potrzask. Ta żałosna skarga przypomniała mu znalezionego wczoraj gołębia.
Jak gdyby nic się nie stało, znów zaczął mówić.
– Jak już powiedziałem, mieszkam w domu nad jeziorem, piętnaście akrów gruntu. Od prawie trzech lat. – Pochylając głowę, otworzył magazynek i odkrył, że jest pusty. Mógł to przewidzieć. – Przyjechałem tu na miesięczny wypoczynek. Mam sklep z komputerami na północ od Detroit, W każdym razie przez jakiś czas będę się kręcił w pobliżu jeziora. Jeśli pani chce, nauczę panią, jak się tym posługiwać.
– Słucham?
– Strzelba. Nie na wiele się pani przyda, jeżeli nie będzie pani wiedziała, co z nią zrobić. – Położył broń na brzegu, w miejscu, gdzie nie mogła jej dosięgnąć i gdzie dziecko nie mogło wyskoczyć nagle z lasu i zabrać jej, zanim zdążyłby się zorientować. Z nabojami czy bez, to jednak broń.
