
Kiedy się wyprostował, westchnął bardzo głęboko. Przeraźliwe uczucie bólu ogarnęło całe jego ciało. Do tego czasu nie zdawał sobie sprawy, że to, co czuł cały czas, to szalony gniew, nie taka zwykła irytacja cywilizowanego człowieka, lecz wszechogarniająca wściekłość jaskiniowca.
Wcale nie podobało mu się to, że śmiercionośna broń tak długo wycelowana była w jego głowę. Najchętniej potrząsałby tą kobietą tak długo, aż odechciałoby się jej robić idiotyczne przedstawienia.
Jednak kiedy ponownie na nią spojrzał, nie mógł się dłużej gniewać. Bez strzelby w rękach wyglądała bezbronnie jak naga kochanka w sypialni. Z pewnością nie zdawała sobie z tego sprawy. Determinacja podyktowała jej postawę, która miała wyrażać nieprzezwyciężoną dumę. Wysunęła brodę i wpatrywała się w niego uparcie, kryjąc drżące ręce w kieszeniach. Myślała pewnie, że wygląda groźnie, ale naprawdę wyglądała jak mały, przestraszony kotek. Ponieważ Jarl był bystrym mężczyzną, zapragnął nagle wynieść się stąd tak szybko, jak to tylko możliwe. Ta kobieta z pewnością miała problemy i żaden z nich nie powinien go interesować.
Jednak zamiast pobiec na złamanie karku do łodzi, znów się do niej zbliżył, tak powoli i spokojnie, jakby podchodził do rannego, dzikiego zwierzęcia.
– Usłyszałem imię chłopca – Kip? – ale nie znam imienia pani. Macie takie same oczy. To pani syn, prawda?
Zignorowała pytanie, pogardliwie odwracając głowę.
– Proszę posłuchać, zdaję sobie sprawę, że nie wyglądam na sympatyczną sąsiadkę, ale próbuję to panu wytłumaczyć. Nie lubimy gości. My…
– Chyba nie jesteście tu od dawną. – Spojrzał poza nią. Za gąszczem karłowatych drzew dostrzegł zarys dużego, ciemnego budynku. Nie był to dom mieszkalny, kiedyś mógł tu być klub lub kawiarnia. Dwupiętrowa ruina zbudowana była z drewnianych bali. Brakowało kilku okien, a w niektórych widać było potłuczone szyby. Połamane gonty zwisały z dachu, a wysokie chwasty gęsto porastały teren, aż do samej werandy.
