
Zaabsorbowana myślami zatrzymała wóz na hotelowym parkingu. Gdy wyłączyła silnik, dobiegł jej uszu warkot drugiego samochodu. Vincente de Riano postanowił zapewne odprowadzić mnie pod same drzwi, pomyślała z irytacją.
– Nie musiał pan aż tu przyjechać za mną – powiedziała, gdy wysiadł z samochodu i do niej podszedł.
– Ciekaw jestem, co by pani zrobiła, gdyby trzej mężczyźni jadący za panią od Araceny zagrodzili pani drogę? Dopiero gdy zorientowali się, że panią eskortuję, zrezygnowali z pościgu.
Rzuciła mu nieprzytomne spojrzenie.
– Por Dios! – Na jego twarzy malowało się zdumienie.
– Czyżby ich pani nie zauważyła?
– Nie… – Serce Rachel zaczęło walić jak oszalałe. Obsesyjnie myślała o tym mężczyźnie. Jeśli nie jechałby za nią…
– Pozwoli pani, że ją odprowadzę, zanim znów zemdleje pani w mych ramionach – powiedział z nikłym uśmiechem.
Poczuła, jak gorąca fala krwi oblewa jej policzki.
– Wcale nie zemdlałam w pana ramionach i nie potrzebuję pańskiej pomocy, seńor! – zdążyła powiedzieć, nim chwycił ją mocno pod ramię i ignorując jej wzburzenie, poprowadził do wejścia.
– Proszę mi wybaczyć, ale jestem odmiennego zdania – powiedział z pewnym przekąsem. – Skoro ma pani zamiar spłacać dług swego brata, to w moim interesie leży zapewnić pani bezpieczeństwo, przynajmniej podczas pobytu w moim kraju.
Nienawidziła tego protekcjonalnego tonu i całkiem nie ufała jego pokrętnym wyjaśnieniom. Podejrzewała, że seńorem de Riano nie kieruje rycerskość, lecz jakieś tajemnicze, ukryte motywy. Na przyszłość postanowiła być bardziej czujna, teraz zaś myślała wyłącznie o tym, by w sprytny sposób uwolnić się od jego uciążliwej opieki.
