
Nie zrobił w jej kierunku żadnego gestu; stał nieruchomo, w milczeniu, jakby nie usłyszał pytania. Dwaj stajenni patrzyli na Rachel jak na zjawę z innego świata.
– Señor? – ponagliła go, zastanawiając się, czy na pewno rozumie po angielsku.
– Ma pani tyle samo tupetu, co pani brat, panno Ellis – powiedział wreszcie ostrym tonem. – Widzę, że w ogóle jesteście do siebie podobni.
Zaskoczona zamrugała powiekami. A więc przeor miał rację. Ten człowiek niewątpliwie znał Briana. W dodatku mówił doskonałą angielszczyzną, z nieznacznym tylko obcym akcentem. Zupełnie nie mogła pojąć, dlaczego w tym kulturalnym głosie słyszała tyle lodowatej pogardy.
– Nie… nie rozumiem… – zająknęła się zmieszana.
– I nie musi pani niczego rozumieć – przerwał jej brutalnie, a potem groźnie uniósł brew i dodał: – A jeśli to on panią przysłał, żeby się pani za nim wstawiła, to proszę mu przekazać, że jest większym głupcem, niż sądziłem. I jeszcze jedno: nim wróci pani tam, skąd pani przyjechała, proszę mi wyjaśnić, jakim prawem wdarła się pani do mojego domu?
Rachel nerwowo odgarnęła kosmyk wilgotnych włosów ze skroni. Nie miała pojęcia, o czym ten człowiek mówi. Dlaczego zwraca się do niej tak obcesowo?
– Czy zawsze w tak odpychający sposób przyjmuje pan gości? – spytała do żywego dotknięta jego tonem i ostrymi słowami.
– Na razie nie odpowiedziała pani na moje pytanie. – Zacisnął usta w wąską linię. – Ale ostrzegam: i tak poznam prawdę! – Gdy ruszył w jej kierunku, dwaj pozostali mężczyźni nagle odwrócili się i chyłkiem weszli do stajni.
Rachel instynktownie cofnęła się o krok, ale zaraz krew jej w żyłach zagrała i wojowniczo wysunęła podbródek. Nie pozwoli sobie grozić!
– Poszukuję mojego brata – oświadczyła z naciskiem.
– Przeor klasztoru położonego niedaleko La Rabidy powiedział, że właśnie pan może mi pomóc. W pobliskiej wiosce dowiedziałam się, gdzie pan mieszka, a jeden z pańskich pracowników był tak uprzejmy, że pokierował mnie, gdy wjechałam za bramę. To wszystko, co mam panu do powiedzenia.
