
Twarz Vincente de Riano stężała jeszcze bardziej, tak jakby ta ostatnia informacja dolała tylko oliwy do ognia. Wykrzywił usta z widocznym niesmakiem.
– To musiał być Jorge – powiedział tonem politowania. – Jest wyjątkowo wrażliwy na kobiece wdzięki. No cóż, tak czy inaczej, straciła pani tylko czas i pieniądze – uciął krótko. – Życzę pani przyjemnego lotu powrotnego do Stanów, señorita. – Odwrócił się nonszalancko i gwizdnął na ogiera, który parskając przegalopował przez padok.
– A ja życzę panu, żeby pan poszedł do diabła! – wypaliła. Rachel nigdy przedtem nie odezwała się w taki sposób, ale też nigdy przedtem nie była tak bardzo rozstrojona.
– Zapomina pan, że mam jeszcze inne możliwości – dodała z furią. – Jeśli pan zna Briana, to ludzie z okolicy znają go również. Jestem pewna, że znajdę kogoś, kto mi pomoże.
Dłuższe przebywanie w towarzystwie tego niesympatycznego mężczyzny było tyleż irytujące, co bezcelowe. Rachel odwróciła się na pięcie i pomaszerowała raźno w stronę swojego samochodu.
– Na pani miejscu nie liczyłbym na to – dobiegł ją z tyłu drwiący głos.
Rachel zwolniła kroku i lekko odwróciła głowę; policzki płonęły jej z emocji.
– Proszę mnie nie straszyć, señor. Nie jestem pańskim sługą ani przerażonym poddanym, którego życie zależy od pańskiego widzimisię.
Wyczuła, że uderzenie było celne. Zapadła na moment pełna napięcia cisza.
– Podobnie jak Brian, bije pani na oślep – rzekł ze śmiertelnym spokojem, który, znać było, sporo go kosztował. – Radzę jednak nie zapominać, że znajduje się pani na moim terenie. Tu rządzimy się nieco innymi prawami.
– Czarujący z pana dżentelmen – zakpiła, buntowniczo wysuwając podbródek. – Czy wasze spotkania z Brianem były równie przyjemne?
