
– Jedno trzeba przyznać, że obu nam zapadły w pamięć – rzekł z zagadkowym wyrazem twarzy. Jego oczy, zmrużone na słońcu, przypominały dwa czarne jak atrament punkciki.
– Och, doprawdy? – uśmiechnęła się cierpko. – Czyżby Brian zasugerował, że spowiedź dobrze by zrobiła pańskiej duszy? Czy doradził wizytę u pańskiego dobrego znajomego, przeora z La Rabidy?
Przekorny uśmiech przemknął po jego smagłej twarzy; właściwie był to cień uśmiechu, ale w jednej chwili zdała sobie sprawę, jak porywająco pięknie by wyglądał, gdyby uśmiechnął się naprawdę. Zrobiło to na niej piorunujące wrażenie, choć nie dała niczego po sobie poznać.
– Kiedy po raz ostatni widziała pani brata? – usłyszała pytanie, które boleśnie ukłuło ją w serce.
– Minęło już trochę czasu – odrzekła wymijająco, starając się opanować uczucia.
– Zapewne wystarczająco dużo, żeby uwierzyć w każde jego kłamstwo.
– Kłamstwo? – obruszyła się. – To do niego niepodobne. Cokolwiek by mówić, Brian zawsze był brutalnie szczery.
Robiła nadludzki wysiłek, żeby stać prosto, czuła bowiem, że kolana się pod nią uginają i ziemia usuwa spod stóp. Upał i duchota nie tylko opóźniały jej reakcję; teraz po prostu zaczynało jej się mącić w głowie.
– To brzmi jak zeznanie pod przysięgą. – W jego głosie czuło się lekką drwinę.
– Bo znam swego brata i wiem, ile jest warte jego słowo! – zaperzyła się.
– Być może znała go pani… kiedyś – rzekł z wymownym naciskiem i uważnie spojrzał na Rachel, której twarz przybrała nieoczekiwanie posępny wyraz.
„Nie wiem, czy powinnam nadal ufać Brianowi – mówiła przed śmiercią jej matka. – Wyjechał już tak dawno… Mam złe przeczucia, Rachel”.
Wówczas Rachel myślała, że wątpliwości matki zrodziły się z bólu spowodowanego rozłąką i rozczarowaniem.
Ale teraz, mając na żywo w pamięci jej ostatnie słowa, nie mogła puścić mimo uszu tego, co przed chwilą powiedział ten arogancki nieznajomy.
