
Czy zna Pan przemówienie, jakie ojciec wygłosił po otrzymaniu nagrody Nobla?
«Panie i panowie. Stoję teraz przed wami dlatego, ponieważ nigdy nie przestałem wałkonić się beztrosko niczym ośmiolatek w drodze do szkoły w wiosenny poranek. Pierwsza lepsza rzecz może sprawić, że zatrzymam się, popatrzę zdziwiony i czasem czegoś się dowiem. Jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem. Dziękuję.»
To było całe przemówienie.
Tak więc ojciec przyglądał się przez chwilę pętli ze sznurka, a potem zaczął się nią bawić. Jego palce utworzyły ze sznurka figurę zwaną «kocią kołyską». Nie mam pojęcia, gdzie ojciec się tego nauczył. Może od swojego ojca. Dziadek był krawcem, więc w dzieciństwie mego ojca nietrudno było o nitki i sznurki.
Po raz pierwszy w życiu widziałem ojca zajętego czymś, co można nazwać zabawą. Nigdy nie wykazywał zainteresowania dla sztuczek i gier, których przepisy wymyślali inni. W albumie z wycinkami, jaki prowadziła kiedyś Angela, był wywiad z tygodnika «Time», w którym ojciec, spytany, w jakie gry grywa dla rozrywki, odpowiedział: «Po co miałbym się zajmować wymyślonymi grami, kiedy wokół nas rozgrywa się tyle prawdziwych?»
Pewnie sam był zdziwiony splótłszy ze sznurka kocią kołyskę i możliwe, że przypomniało mu to dzieciństwo, bo nagle wyszedł ze swego gabinetu i zrobił coś, czego nigdy dotąd nie robił: zaczął bawić się ze mną. Do tego czasu nie tylko nie bawił się ze mną, ale chyba nigdy się do mnie nie odezwał.
Ukląkł na dywanie obok mnie, obnażył w uśmiechu zęby i podsuwał mi pod nos dziwnie przepleciony sznurek.
— Widzisz? Widzisz? Widzisz? — pytał. — Kocia kołyska. Widzisz kocią kołyskę? Widzisz, tu śpi kicia. Miau. Miau.
Pory na jego twarzy wydawały mi się wielkie jak kratery na księżycu. Z uszu i dziurek od nosa wyrastały mu kępki włosów. Z jego ust cuchnęło cygarami niczym z czeluści piekielnych. Z tej odległości ojciec był najobrzydliwszym stworem, jaki kiedykolwiek widziałem. Straszy mnie we snach do dzisiaj.
