Z wielkim zainteresowaniem odwróciłam się ku kwiatkom.

– W który?

– Nie tu – zniecierpliwiła się Alicja. – W pokoju telewizyjnym.

– Pozwolisz, że spojrzę…?

Zerwałam się i popędziłam do pokoju telewizyjnego. Ściśle biorąc, przedarłam się tam przez rozmaite przeszkody.

Pokój telewizyjny nosił to miano od chwili, kiedy stanął w nim i pozostał na zawsze telewizor. Wcześniej zwany był pokojem ostatnim, nie wiadomo dlaczego, bo wcale nie był ostatni, za nim znajdowało się jeszcze ogromne atelier. Nazwa „ostatni” przeszła na drugi pokój gościnny, na końcu korytarzyka, co było o tyle słuszne, że z niego już przejścia dalej nie było.

W pokoju telewizyjnym, niczym, poza telewizorem, nie różniącym się od pozostałych pomieszczeń, wśród licznych asparagusów i dracen, znajdował się tylko jeden kaktus, za to bardzo rozrośnięty. Stał na oknie, w kącie, za kanapą. Jego widok sprawił mi szaloną przyjemność, bo był to kaktus o malutkich igiełkach, które przy najlżejszym dotknięciu niezauważalnie wchodziły w człowieka i za skarby świata nie pozwalały się wydłubać. Blekot prawdopodobnie do tej pory pozbywał się kłucia wszędzie i możliwe, że jeszcze mu trochę miłej rozrywki zostało.

– Jakim cudem przelazł aż do kaktusa? – spytałam, wróciwszy do stołu, szczerze zaintrygowana. – Górą, po pudłach, czy jakoś usuwał je z drogi?

Alicja miała przy filiżance czasopismo, które przed chwilą wyciągnęłam sobie spod tyłka. Przeglądała je z zaciekawieniem.

– Nie wiem – odparła w lekkim roztargnieniu.

– Co to jest? To twoje?

– Nie. Twoje. Pytam, bo mnie interesuje, słuchaj, jak on wlazł aż do kaktusa i po cholerę się tam pchał?



7 из 231