
Niski przybysz kroczył wolno środkiem ulicy i rozglądał się z wyraźnym zaciekawieniem.
A potem Hugh zobaczył coś, co niemal odebrało mu rozum.
Wielki drewniany kufer, który ostatnio stał spokojnie na nabrzeżu, teraz podążał za swym panem, kołysząc się przy tym lekko. Powoli, by gwałtowny ruch nie odebrał mu kruchej władzy nad własnymi nogami, Hugh pochylił się, by zajrzeć pod dno skrzyni.
Było tam mnóstwo małych nóżek.
Hugh odwrócił się bardzo powoli i ostrożnie, z rozwagą pomaszerował pod „Rozbity Bęben”.
* * *
— Dziwne — mruknął Ymor.
— Miał taką wielką drewnianą skrzynię — dodał Kulawy Wa.
— Musi być kupcem albo szpiegiem — stwierdził Ymor. Z trzymanego w ręku kotleta oderwał i rzucił w powietrze kawałek mięsa. Pocisk nie zdążył osiągnąć wierzchołka łuku, gdy czarny kształt wynurzył się z cienia w kącie pod sufitem i zanurkował, chwytając smakołyk w powietrzu.
— Kupiec albo szpieg-powtórzył Ymor. — Wolałbym szpiega. Szpieg opłaca się podwójnie, bo zawsze jest za niego jakaś nagroda. Co o tym myślisz, Withel?
Siedzący naprzeciw drugi największy złodziej Ankh-Morpork przymknął jedyne oko i wzruszył ramionami.
— Sprawdziłem statek — oznajmił. — To niezależny handlarz. Czasem robi rejsy do Brunatnych Wysp. Ludzie tam to zwyczajne dzikusy. Nie mają pojęcia o szpiegach, a kupców pewnie zjadają.
— On przypominał kupca — wtrącił Wa. — Chociaż niezbyt gruby.
Przy oknie załopotały skrzydła. Ymor podniósł swe cielsko, przeszedł przez salę i wrócił z dużym krukiem na ręku. Kiedy odczepił przywiązaną do łapy kapsułę, ptak odleciał do swych pobratymców ukrytych między krokwiami. Withel spoglądał za nim bez sympatii. Kruki Ymora były nieodmiennie lojalne wobec swego pana. Lojalne do tego stopnia, że jedyna próba Withela, by awansować do rangi największego złodzieja w Ankh-Morpork, kosztowała prawą rękę ich pana lewe oko. Ale nie życie. Ymor nigdy nie winił ludzi za ich ambicje.
