
Już na progu mostku zobaczyłem, że coś się stało. Wszystkie trzy robocze ekrany na moim pulpicie notowały przerwanie prac. Podbiegłem do pulpitu, włączyłem wizję. Serce mi zamarło — plac budowy był pusty. Nic podobnego jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło. Nawet nie słyszałem, żeby coś podobnego w ogóle mogło się zdarzyć. Potrząsnąłem głową i rzuciłem się do wyjścia. Roboty ktoś uprowadził… Zabłąkany meteor… Przysunął Tomowi w łeb… Program oszalał… Niemożliwe, niemożliwe! Wpadłem do komory kesonowej i złapałem dochę. Nie trafiałem w rękawy, gdzieś zginęły zapinki i przez cały ten czas, póki walczyłem z dochą niby baron Munchhausen ze swoim wściekłym futrem, widziałem oczyma duszy straszliwy obraz — ktoś nieznany i nie istniejący prowadzi mojego Toma jak pieska na smyczy, a reszta robotów pokornie sunie prosto w mgłę, w kipiące trzęsawisko, pogrąża się w burym błocie i znika na zawsze… Z rozmachem kopnąłem błonę nogą i wyskoczyłem na zewnątrz.
Pociemniało mi w oczach. Roboty były tu, pod samym statkiem. Tłoczyły się przy towarowym włazie, przechylając się leciutko, jak gdyby każdy z nich chciał pierwszy znaleźć się w ładowni. To było niemożliwe, to było straszne. Jakby chciały najszybciej ukryć się pod pokładem, schować się przed kimś, uratować. Robotologii znane są przypadki wścieklizny u robotów, niezwykle rzadkie, ale żeby się wściekł robot budowlany, o tym nie słyszałem nigdy. Jednakże nerwy miałem tak napięte, że byłem przygotowany nawet na to. Ale nic się nie stało. Kiedy Tom mnie zauważył, przestał się kręcić i zapalił sygnał „Czekam na polecenia”. Ruchami rąk poleciłem mu kategorycznie „Wracać na miejsce, kontynuować program”. Tom posłusznie włączył tylny bieg i pojechał z powrotem na budowę. Jack i Reks rzecz jasna ruszyli za nim. Ciągle jeszcze stałem obok włazu, w gardle mi wyschło, kolana miałem jak z waty i za wszelką cenę pragnąłem usiąść.
Ale nie usiadłem.
