
Zdecydowanym ruchem wepchnąłem ręce do kieszeni i pomaszerowałem na plac budowy. Wychowankowie pracowali jak gdyby nigdy nic. Tom jak zawsze uprzedzająco grzecznie zapytał o nowe polecenia. Jack wznosił fundamenty dyspozytorni, tak jak mu to nakazywał program. Reks chodził zygzakami po gotowej już części pasa startowego i sprzątał. Tak, coś musi być nie w porządku z ich programami. Na pas startowy przywlekli mnóstwo kamieni… Nie było tu tych kamieni, zresztą są zupełnie niepotrzebne — i bez kamieni jest dosyć budulca. Tak, od momentu kiedy Tom się wtedy zatrzymał, przez całą ostatnią godzinę robili wyraźnie nie to co trzeba. Jakieś gałęzie poniewierają się na pasie… Schyliłem się, podniosłem gałązkę i przespacerowałem się tam i z powrotem uderzając tą gałązką po cholewie. A może póki jeszcze nic się nie stało, zatrzymać ich, choćby w tej chwili, nie czekając na termin przeglądu? Czyżbym rzeczywiście coś poknocił w programach? Nie do pojęcia… Rzuciłem gałązkę na kupę kamieni, które zgromadził Reks, zawróciłem i poszedłem na statek.
Rozdział II
