Zacząłem się doprowadzać do jakiego takiego porządku. Docha była zapięta krzywo, uszy mi zamarzały, a na czole i policzkach lodowaciał pot. Powoli, starając się kontrolować każdy swój ruch, otarłem twarz, zapiąłem się jak należy, nasunąłem na oczy kaptur i wciągnąłem rękawiczki. Wstyd przyznać, rzecz jasna, ale czułem strach. Właściwie to już nie był strach, to były resztki przeżytego strachu, zmieszane ze wstydem. Cybernetyk, który przestraszył się własnych robotów… Było dla mnie oczywiste, że nigdy nikomu o tym nie opowiem. Rany boskie, przecież mi się nogi trzęsły, zresztą jeszcze i teraz są jakieś takie miękkie i najbardziej na świecie chciałbym wrócić na statek, a tam spokojnie i rzeczowo przemyśleć całą sprawę, spróbować zrozumieć, o co chodzi. Zajrzeć do fachowej literatury. A zupełnie szczerze, to chyba boję się zbliżyć do swoich podopiecznych…

Zdecydowanym ruchem wepchnąłem ręce do kieszeni i pomaszerowałem na plac budowy. Wychowankowie pracowali jak gdyby nigdy nic. Tom jak zawsze uprzedzająco grzecznie zapytał o nowe polecenia. Jack wznosił fundamenty dyspozytorni, tak jak mu to nakazywał program. Reks chodził zygzakami po gotowej już części pasa startowego i sprzątał. Tak, coś musi być nie w porządku z ich programami. Na pas startowy przywlekli mnóstwo kamieni… Nie było tu tych kamieni, zresztą są zupełnie niepotrzebne — i bez kamieni jest dosyć budulca. Tak, od momentu kiedy Tom się wtedy zatrzymał, przez całą ostatnią godzinę robili wyraźnie nie to co trzeba. Jakieś gałęzie poniewierają się na pasie… Schyliłem się, podniosłem gałązkę i przespacerowałem się tam i z powrotem uderzając tą gałązką po cholewie. A może póki jeszcze nic się nie stało, zatrzymać ich, choćby w tej chwili, nie czekając na termin przeglądu? Czyżbym rzeczywiście coś poknocił w programach? Nie do pojęcia… Rzuciłem gałązkę na kupę kamieni, które zgromadził Reks, zawróciłem i poszedłem na statek.

Rozdział II



11 из 150