Płakało dziecko. Gdzieś daleko, na drugim końcu statku, za wieloma drzwiami, rozpaczliwie zanosząc się i zachłystując płakało jakieś dziecko. Musiało być bardzo malutkie — rok, nie więcej. Powoli uniosłem ręce i przycisnąłem dłonie do uszu. Płacz umilkł. Nie opuszczając rąk, wstałem, a mówiąc ściśle nagle stwierdziłem, że już od pewnego czasu stoję na nogach, zaciskając uszy, że koszula przywarła mi do pleców i że mi szczeka opadła. Zamknąłem usta i ostrożnie odjąłem dłonie od uszu. Nikt nie płakał. Panowała normalna przeklęta cisza i tylko w kącie brzęczała mucha tłukąc się w pajęczynie. Wyjąłem z kieszeni chusteczkę, bez pośpiechu rozłożyłem ją i starannie wytarłem czoło, policzki i szyję. Następnie równie powoli składając chusteczkę przespacerowałem się w tę i z powrotem wzdłuż pulpitu. W głowie nie miałem żadnej myśli. Postukałem zgiętym palcem po obudowie maszyny cyfrowej i odkaszlnąłem. Wszystko było w porządku, usłyszałem własny kaszel. Zrobiłem krok w kierunku fotela i wtedy dziecko zapłakało znowu.

Nie wiem, jak długo stałem jak słup i słuchałem. Najstraszliwsze było to, że słyszałem ten płacz zupełnie wyraźnie. Nawet zdawałem sobie sprawę, że to nie bezmyślny pisk noworodka i nie obrażony ryk cztero-pięcioletniego malucha — krzyczał i zanosił się niemowlak, który jeszcze nie umie chodzić i mówić, ale ma już dobre parę miesięcy. Mam siostrzeńca w tym wieku — rok z kawałkiem…

Ogłuszająco zadzwonił radiotelefon i mało mi serce z piersi nie wyskoczyło. Opierając się o pulpit, dotarłem do radiostacji i przełączyłem się na odbiór. Dziecko ciągle płakało.

— No i co tam u ciebie? — zapytał Wadik.



13 из 150