W komorze kesonowej przede wszystkim wybrałem sobie nową dochę, następnie poszedłem do swojej kajuty, kaszlnąłem pod drzwiami, jakbym uprzedzał, że zaraz wejdę do środka, wszedłem i natychmiast położyłem się na łóżku twarzą do ściany i naciągnąłem dochę na głowę. Oczywiście świetnie rozumiałem, że moje czynności pozbawione są wszelkiego sensu, że do swojej kajuty przyszedłem w ściśle określonym celu, ale zapomniałem w jakim, że zamiast zrobić to co należało, położyłem się, nakryłem się z głową, jakby po to, żeby komuś niewiadomemu dowieść, iż w tym właśnie celu przyszedłem do kajuty.

Jednak miałem chyba coś w rodzaju ataku histerii i kiedy trochę przyszedłem do siebie, uradowałem się niezmiernie, że moja histeria objawiła się w takiej całkowicie nieszkodliwej formie. Rzecz jasna, było dla mnie oczywiste, że o dalszej pracy tu nie może być mowy. I że w ogóle prawdopodobnie nigdy nie będę już pracował w kosmosie. To było oczywiście okropnie przykre — i — co tu gadać — dręczył mnie wstyd, że tak haniebnie oblałem pierwszy praktyczny egzamin, a przecież wydawałoby się, że posłano mnie na początek w najspokojniejsze i najbezpieczniejsze miejsce, jakie można sobie wyobrazić. A na dodatek było mi okropnie głupio, że mój system nerwowy okazał się w takim fatalnym stanie i przykro, że kiedyś czułem taką pogardliwą litość dla Kaspara Manukiana, kiedy Kaspar nie przeszedł w konkursie organizowanym dla projektu „Arka” z powodu jakiejś tam zbytniej pobudliwości nerwowej. Moja przyszłość rysowała mi się w najczarniejszych kolorach — ciche sanatoria, komisje lekarskie, zabiegi, delikatne pytania psychologów i całe oceany współczucia i litości, potworne lawiny współczucia i litości spadające na człowieka ze wszystkich stron… Gwałtownym ruchem odrzuciłem dochę i usiadłem.



17 из 150