
Teraz mi było dobrze. I dookoła mnie i wewnątrz ryczały barbarzyńskie trąby, grzmiał spiż, huczały bębny. Pokryte pomarańczowym kurzem telemskie legiony ciężkim rytmicznym krokiem maszerowały przez starożytne miasto Setem. Płonęły domy, waliły się w gruzy wieże i straszliwie mącąc umysły wrażych wojsk świstały bojowe smoki — tarany. Otoczony i chroniony tymi dźwiękami sprzed lat tysiąca znowu wlazłem do brzucha Toma i już bez żadnych przeszkód doprowadziłem remont do końca.
Jack i Reks zakopywali dół, a wnętrzności Toma wypełniały ostatnie litry argonu, kiedy zobaczyłem nad plażą gwałtownie rosnący czarny punkcik. Wracał glider. Spojrzałem na zegarek. Była za dwie minuty osiemnasta według czasu miejscowego. Wytrzymałem. Teraz można było uciszyć. bębny i kotły i ponownie przemyśleć problem — czy warto zawracać głowę Van der Hoosemu i Bazie, przecież nie tak łatwo będzie znaleźć kogoś na zastępstwo, zrobi się z tego wielka afera i praca na całej planecie może ulec opóźnieniu, zjedzie się pełno komisji, zaczną sprawdzać, kontrolować, robota stanie, Wadik będzie chodzić zły jak pies, a jeżeli na domiar wszystkiego wyobrazić sobie, jak na mnie popatrzy doktor ksenopsychologii, członek Komitetu do Spraw Kontaktów, pełnomocnik do realizacji projektu „Arka”, Giennadij Komow, wschodząca gwiazda nauki, ukochany uczeń doktora M'Bogi, nowy rywal i nowy kolega po fachu samego Gorbowskiego… Nie, należy to wszystko dokładnie przemyśleć raz jeszcze.
