— Odkryliśmy coś bardzo smutnego, Staszek. Znaleźliśmy zniszczony statek.

Kurczowo wciągałem powietrze i zapytałem:

— Nasz?

— Tak. Nasz.

Majka wypełzła z glidera, ospale machnęła mi dłonią i ruszyła na statek.

— Ilu zabitych? — zapytałem.

— Dwoje — odpowiedział Van der Hoose.

— Kto? — zapytałem z trudem.

— Na razie nie wiemy. To stary statek. Katastrofa miała miejsce wiele lat temu.

Van der Hoose wziął mnie pod rękę i razem poszliśmy w ślad za Majką.

Trochę mi ulżyło. W pierwszej chwili naturalnie pomyślałem, że rozbił się ktoś z naszej ekspedycji. Ale wszystko jedno…

— Nigdy nie lubiłem tej planety — wyrwało mi się.

Weszliśmy do komory kesonowej, rozebraliśmy się i Van der Hoose zaczął pedantycznie czyścić swoją dochę z rzepów i cierni. Nie czekałem na niego, tylko poszedłem do Majki. Leżała na łóżku, skulona, twarzą do ściany. Ta poza od razu mi coś przypomniała i powiedziałem sobie: tylko spokojnie, bez żadnych tam sentymentów i egzaltacji. Usiadłem na stole, postukałem palcami o blat i zapytałem niezmiernie rzeczowym głosem:

— Słuchaj, a ten statek jest rzeczywiście taki stary? Vander mówi, że on się rozbił ładne kilka lat temu. Czy to prawda?

— Prawda — nie od razu odpowiedziała Majka do ściany.

Spojrzałem na nią. Na duszy zrobiło mi się paskudnie, ale nadal pytałem równie rzeczowo:

— Ile to może być — wiele lat? Dziesięć? Dwadzieścia? To wszystko jakoś się kupy nie trzyma. Planetę, odkryto dopiero przed dwoma laty…

Majka nie odpowiedziała. Znowu postukałem palcami i powiedziałem o ton niżej, ale ciągle jeszcze bardzo rzeczowo:

— Chociaż, oczywiście, to mogli być jacyś dawni pionierzy, nie zorganizowani odkrywcy… Tam ich jest dwoje, o ile dobrze zrozumiałem?



20 из 150