
— Po prostu zalety — usłyszał. — A przy okazji, ponieważ wygląda na to, że spędzimy ze sobą sporo czasu, proszę mnie nazywać Joe.
— Mimo pańskiej narodowości — odparował Stormgren — bo jest pan Polakiem, prawda? Myślę, że mógłbym wymówić pańskie prawdziwe imię. Nie może być trudniejsze niż niektóre fińskie.
Nastąpiła krótka chwila ciszy i światło latarki lekko zamigotało.
— No cóż, powinienem był się tego spodziewać — powiedział Joe z rezygnacją. — Musi pan mieć w tym spore doświadczenie.
— To dość pożyteczne hobby dla człowieka w mojej sytuacji. Gdybym miał zgadywać dalej, powiedziałbym, że wychował się pan w Stanach Zjednoczonych, ale opuścił Polskę dopiero…
— Wystarczy — przerwał mu Joe. — Ponieważ wydaje się, że skończył pan wkładać ubranie, na tym zakończymy.
Drzwi otworzyły się, gdy Stormgren ruszył ku nim, czując się lekko podniesiony na duchu z powodu tego drobnego zwycięstwa. Joe usunął się na bok, pozwalając mu przejść i Rikki zadał sobie pytanie, czy porywacz jest uzbrojony. Prawie na pewno tak, a gdyby nawet nie, to z pewnością w pobliżu znajdowali się inni.
Korytarz był słabo oświetlony lampami naftowymi rozmieszczonymi co kilka kroków i Stormgren po raz pierwszy miał okazję dokładniej obejrzeć sobie Joe’ego. Mężczyzna miał około pięćdziesięciu lat i musiał ważyć dobrze ponad dwieście funtów. Wszystko w nim było ogromne, poczynając od poplamionego polowego munduru, jaki mógł pochodzić z magazynów wielu różnych armii, aż po nieprawdopodobnie wielki sygnet na palcu lewej ręki. Człowiek o takich rozmiarach nie zawraca sobie głowy noszeniem broni. Gdyby Stormgrenowi udało się stąd wydostać, prawdopodobnie z łatwością odnaleziono by porywacza. Poczuł się odrobinę nieprzyjemnie, gdy pomyślał, że i Joe musi sobie doskonale zdawać z tego sprawę.
Otaczające ich ściany, choć gdzieniegdzie licowane betonem, przeważnie były chropawą skałą.
