
W kiepsko oświetlonym pomieszczeniu przy stole z nie heblowanych desek siedzieli dwaj mężczyźni.
Popatrzyli na wchodzącego Stormgrena z ciekawością i sporą dozą szacunku. Jeden z nich podsunął mu paczkę kanapek, które zostały chętnie przyjęte. Chociaż był bardzo głodny i wolałby bardziej urozmaicony posiłek, domyślał się. że jego porywacze nie uraczyli się niczym lepszym.
Jedząc obrzucił szybkim spojrzeniem siedzących wokół niego mężczyzn. Joe wyróżniał się wśród nich — i nie chodziło tylko o rozmiary. Widać było, że dwaj pozostali byli po prostu jego pomocnikami: bezbarwni faceci, których pochodzenie Stormgren mógłby odkryć, gdyby któryś się odezwał. Do niezbyt czystej szklanki nalano trochę wina, którym popił ostatnie kęsy. Czując, że powoli zaczyna panować nad sytuacją, zwrócił się do ogromnego Polaka:
— No dobrze — powiedział spokojnie. — Może zechce mi pan teraz powiedzieć o co chodzi i co chcecie w ten sposób osiągnąć.
Joe odchrząknął.
— Jedną sprawę chciałbym postawić jasno — odparł. — Wainwright nie ma z tym nic wspólnego. Będzie zaskoczony tak samo jak wszyscy.
Stormgren właściwie spodziewał się tego, jednak ciekaw był, dlaczego Joe potwierdzał jego domysły. Od dawna podejrzewał istnienie grupy ekstremistów w którymś ze skrajnych ugrupowań Ligi Wolności.
— Pytam z czystej ciekawości — rzekł. — W jaki sposób mnie porwaliście?
Nie oczekiwał odpowiedzi na to pytanie i był nieco zaskoczony swobodą, a nawet pośpiechem, z jakim go poinformowali.
