
— Przecież zamierza ich pan wypuścić!
— Aż do tej pory — powiedział Karellen — nie miałem pojęcia, którzy z dwu i pół miliarda ludzi zamieszkujących tę planetę są przywódcami ruchu. Teraz ich zidentyfikowałem i mogę śledzić ich poruszenia dokądkolwiek się udadzą, a jeśli zechcę, mogę też śledzić wszystkie ich działania. To dużo lepsze niż wzięcie ich pod klucz. Jeśli wykonają jakiekolwiek posunięcie, zdradzą w ten sposób swoich towarzyszy. Są skutecznie unieszkodliwieni i zdają sobie z tego sprawę. Pańska ucieczka pozostanie dla nich całkowicie nie wyjaśniona, ponieważ pan w pewnym momencie po prostu zniknął. — W małej kabinie rozległ się serdeczny śmiech Kontrolera. — Ta sprawa była na swój sposób bardzo zabawna, lecz mam w tym i poważniejszy cel. Nie chodzi mi o kilka tuzinów ludzi należących do tej organizacji, muszę przewidzieć efekt psychologiczny, jaki to wydarzenie będzie miało na inne takie grupy, gdziekolwiek istnieją.
Stonngren przez chwilę milczał. Wyjaśnienie Karellena nie usatysfakcjonowało go w pełni, ale był już w stanie zrozumieć jego pobudki i gniew częściowo mu przeszedł.
— Niechętnie podejmuję tę decyzję na kilka tygodni przed końcem urzędowania — rzekł wreszcie — ale od tej pory będę miał obstawę. Następnym razem mogą porwać Pietera. A przy okazji: jak on sobie radził?
— W ciągu ostatniego tygodnia pilnie go obserwowałem i celowo unikałem udzielania mu pomocy. W sumie sprawił się nie najgorzej, ale nie jest to człowiek, który powinien zająć pańskie miejsce.
— Ma chłop szczęście — powiedział Stormgren, czując jakiś dziwny smutek. — Ale, ale: czy dostał pan już wiadomość od pańskich przełożonych, myślę o ukazaniu się nam? Jestem pewien, że to najsilniejszy argument, jaki dajemy w ręce naszym przeciwnikom. Bez przerwy mi powtarzali: „Nie zaufamy Zwierzchnikom dopóty, dopóki ich nie zobaczymy”.
