
„Wiem" – skinęła głową. Poczułem zapach wody toaletowej, bijący od jej karku. Przypominał mi aromat, jaki unosi się nad polem melonowym w letni poranek. Zapach ten wzbudził we mnie jakieś dziwne, niepasujące do chwili, tęskne uczucie, jakby dwie różne warstwy mojej pamięci połączyły się w nieznanym miejscu. Czasami zdarza mi się czuć coś podobnego. Najczęściej pod wpływem pewnych zapachów.
– Dość długi ten korytarz – spróbowałem nawiązać rozmowę.
Popatrzyła na mnie, nie zwalniając kroku. Wyglądała na jakieś dwadzieścia, może dwadzieścia jeden lat. Miała wyraźne rysy twarzy, wysokie czoło i piękną cerę.
Patrząc na mnie, powiedziała: „prust". Ujmując rzecz dokładniej, nie wymówiła tego słowa, a jedynie z ruchu jej warg domyśliłem się, że chciała powiedzieć „prust". Nadal nie było słychać jej głosu. Nie słyszałem również jej oddechu. Zupełnie jakby mówiła do mnie przez grubą szybę.
– Proust? Marcel Proust? – zapytałem.
Ze zdziwieniem spojrzała mi w oczy i jeszcze raz powiedziała: „prust". Zrezygnowany wróciłem na poprzednie miejsce i krocząc za nią, z uporem szukałem w myśli słów, które układem warg odpowiadałyby wyrazowi „prust". „Chrust", „spust", „biust" i tym podobne, pozbawione sensu słowa jedno po drugim przychodziły mi do głowy, ale żadne z nich nie pasowało dokładnie do ruchu jej warg. Chyba naprawdę powiedziała: „Proust". Nie mogłem jednak zrozumieć, jaki związek zachodził pomiędzy długością korytarza a Marcelem Proustem.
Może Proust miał być metaforą długości korytarza? Ale gdyby rzeczywiście tak było, skojarzenie to wydawało mi się zbyt szokujące, a nawet chyba niezbyt uprzejme. Rozumiałbym, gdyby długi korytarz stanowił metaforę utworów Prousta. Ale na odwrót? Brzmiało to dość dziwacznie.
„Korytarz długi jak Marcel Proust?".
Korytarz był naprawdę długi. Kilkakrotnie skręcaliśmy, wychodziliśmy i schodziliśmy po krótkich, pięcio-, sześciostopniowych schodach. Droga, którą w ten sposób przeszliśmy, była pięcio- lub sześciokrotnie dłuższa niż w zwykłym biurowcu.
