Być może kręciliśmy się w kółko jak po iluzjonistycznym obrazie Eschera. W każdym razie wygląd korytarza nie ulegał zmianie. Marmurowa podłoga, żółtawe ściany, bezsensowna numeracja i stalowe klamki w drewnianych drzwiach. Nie widziałem po drodze żadnego okna. Stukot szpilek dziewczyny rozlegał się w jednostajnym rytmie. Za nim słychać było klejące się człapanie moich butów do joggingu. Czyżby gumowe podeszwy moich butów rozpuściły się naprawdę? Nie byłem w stanie stwierdzić, czy był to odgłos naturalny, czy nie, ponieważ w butach do joggingu po marmurze szedłem pierwszy raz w życiu. Pewnie w połowie tak, a w połowie nie. Wszystko tutaj zachowywało się właśnie w takich proporcjach. Wsłuchany w odgłos własnych butów, nie zauważyłem, że dziewczyna zatrzymała się nagle i z impetem uderzyłem piersią o jej plecy. Były miękkie jak dobra deszczowa chmura, wyhamowały zderzenie i znów poczułem zapach wody toaletowej. Dziewczyna pod wpływem zderzenia pochyliła się niebezpiecznie do przodu, toteż pospiesznie chwyciłem ją za ramiona i przywróciłem do poprzedniej pozycji.

– Przepraszam. Trochę się zamyśliłem.

Spojrzała na mnie, czerwieniąc się nieznacznie. Nie byłem zupełnie pewien, ale chyba się nie gniewała. Powiedziała: „tassel", i uśmiechnęła się lekko. Następnie wzruszyła ramionami i dodała: „sela". Oczywiście, jak już parę razy wspomniałem, nie wypowiedziała tego na głos, a jedynie w taki kształt ułożyła usta.

– Tassel? – powiedziałem do siebie, chcąc usłyszeć brzmienie tego słowa. – Sela?

– Sela – powtórzyła z przekonaniem.

Brzmiało to jak po turecku, ale nigdy nie słyszałem ani słowa w tym języku, więc nie byłem pewien. Myśli gmatwały mi się coraz bardziej, chyba nie powinienem zaczynać tej rozmowy. Byłem jeszcze nowicjuszem w sztuce czytania z ruchu warg. To

wyjątkowo delikatna sztuka, nie jakiś tam substytut, którego w ciągu dwóch miesięcy można nauczyć się na miejskim kursie.



11 из 388