Wziąłem ze stołu najmniejszy topór i kilka razy zamachnąłem się nim w powietrzu. Jak dobrze wyszkolony pies myśliwski, reagował natychmiast na najmniejszy ruch mojego nadgarstka, ba, chyba na samą myśl o ruchu. Rzeczywiście Strażnik miał z czego być dumny.

– Ten trzonek też zrobiłem sam. Z dziesięcioletniego jesionu. Niektórzy wolą inne drzewa. Ale moim zdaniem jesion jest najlepszy. Dziesięcioletni jesion. Nie może być ani młodszy, ani starszy. Jest wtedy niezbyt suchy, za to bardzo mocny i sprężysty. We Wschodnim Lesie można znaleźć takie drzewa.

– Do czego panu tyle noży?

– Do różnych rzeczy – odparł. – Będę ich potrzebował, gdy nadejdzie zima. Zresztą sam się przekonasz.

Za bramą znajdowało się miejsce przeznaczone dla zwierzy. Płynął tamtędy strumień, z którego mogły napić się wody. Za strumieniem, jak okiem sięgnąć, ciągnął się las jabłoni. Rozpościerał się w nieskończoność, niczym bezkresne morze.

W Zachodnim Murze były trzy wieże obserwacyjne. Wychodziło się na nie po drabinie i przez żelazne kraty w oknach można było oglądać zwierze z góry.

– Nikt poza tobą tutaj nie przychodzi – powiedział Strażnik. – No cóż, jesteś jeszcze nowy. Na to nie ma rady. Ale ty też przestaniesz zwracać na nie uwagę. Jak wszyscy. Oczywiście pominąwszy pierwszy tydzień wiosny.

Z jego słów wynikało, że tylko w pierwszym tygodniu wiosny mieszkańcy Miasta wychodzili na wieże, by obserwować walkę zwierzy. Trudno to sobie wyobrazić, znając łagodny charakter tych stworzeń, lecz właśnie wtedy, na tydzień przed narodzinami młodych, tuż przed zrzuceniem starej sierści, samce stawały się agresywne i raniły się nawzajem w zaciętej walce. Z krwi, która potokami zalewała wówczas równinę, rodził się nowy ład i nowe życie.



16 из 388