Jesienne zwierze, usadowiwszy się na ziemi, połyskiwały swoim długim, złotym włosiem w zachodzącym słońcu. Nieruchome jak rzeźby, z uniesionymi w górę łbami czekały, aż ostatni promień zatonie w otchłani Lasu Jabłoniowego. Kiedy słońce chowało się za drzewami i noc przykrywała ich ciała niebieskim mrokiem, spuszczały łby, kładły swe białe pojedyncze rogi na ziemi i zamykały oczy.

Tak kończył się dzień w Mieście.

Hard-boiled wonderland – peleryna, Czarnomroki, pranie

Pokój, do którego mnie wprowadziła, był obszerny i prawie pusty. Białe ściany, biały sufit, kawowy dywan – kolory w dobrym gatunku i dobrane ze smakiem. Używa się jednego słowa „biały", ale jest przecież biel wyrafinowana i biel wulgarna – różnica tkwi gdzieś w samej strukturze koloru. Poprzez matową szybę w oknie nie mogłem dostrzec, co znajdowało się na zewnątrz, ale wszystko wskazywało na to, że beztroskie światło, które wpadało przez nią do środka, było jednak światłem słonecznym. Znajdowaliśmy się więc nad ziemią, a to oznaczało, że winda jechała w górę. Uspokoiłem się nieco. Mogłem chyba zaufać własnej intuicji. Dziewczyna poleciła mi usiąść. Usiadłem więc na obitej skórą sofie, stojącej pośrodku pokoju, i założyłem nogę na nogę. Ona wyszła z pokoju innymi drzwiami. Rozejrzałem się dookoła. Na stoliku przy sofie leżały obok siebie porcelanowa zapalniczka, popielniczka i papierośnica. Zajrzałem do papierośnicy – była pusta. Ścian pokoju nie zdobił żaden obraz, kalendarz ani zdjęcie. W ogóle nie było tutaj żadnej zbędnej rzeczy. Przy oknie stało ogromne biurko. Wstałem z sofy i podszedłem do okna – przy okazji obejrzałem biurko. Blat wykonany był z solidnej, grubej deski, po obu stronach znajdowały się olbrzymie szuflady. Na stole obok lampy i trzech BiC-owskich długopisów stał kalendarz, a przed nim rozrzucona w bezładzie leżała garść spinaczy. Odczytałem datę na kalendarzu – zgadzała się. Była dzisiejsza.



17 из 388