
– Czaszki słonia i wieloryba trzymam w piwnicy. Pan rozumie, zajęłyby zbyt dużo miejsca – powiedział.
– Rzeczywiście – przyznałem mu rację.
Wszystkie zwierzęta, jak na rozkaz, miały otwarte pyski i wpatrywały się w przeciwległą ścianę dwoma pustymi oczodołami. Przebywanie w towarzystwie tylu kości – choćby to były tylko eksponaty – nie należało do przyjemności. Półki na sąsiednich ścianach wypełnione były, obok niewielkiej ilości czaszek, zakonserwowanymi w formalinie językami, uszami, wargami i gardłami różnych zwierząt.
– No, jak się panu podoba? Niezła kolekcja, prawda? – zagadnął wesoło starzec. – Niektórzy zbierają znaczki, inni płyty. Są tacy, którzy zapełniają piwnice butelkami wina, i tacy, którzy w ogródkach ustawiają czołgi. Świat jest różnorodny i dzięki temu ciekawy. Nieprawdaż?
– Chyba ma pan rację.
– Jeszcze w stosunkowo młodym wieku zainteresowałem się czaszkami ssaków i po trochu zacząłem je zbierać. To trwa już ze czterdzieści lat. Aby zrozumieć kości, potrzeba wiele czasu, znacznie więcej, niż się panu zdaje. Coraz częściej dochodzę do takiego wniosku. Pan jest młody. Więc pewnie bardziej obchodzi pana ciało niż kości, ale ja na to, żeby usłyszeć głos kości, poświęciłem trzydzieści lat życia. Rozumie pan? Trzydzieści lat! Zapewniam pana, że to szmat czasu.
– Głos kości? – zdziwiłem się. – To kości wydają jakiś głos?
– Oczywiście – odparł. – Każda kość własny. Rzecz jasna, jest on zaszyfrowany. Kości mówią, w dosłownym tego słowa znaczeniu. Moim celem jest rozszyfrowanie mowy kości. Jeśli mi się to uda, dowiemy się wielu niezwykle ciekawych rzeczy.
– Niesłychane – nie rozumiałem wszystkiego do końca, ale jeśli to, co mówił, było prawdą, jego badania rzeczywiście miały ogromne znaczenie. – To rewelacyjne odkrycie!
