
Miałem akurat trzy pięciusetjenówki, osiemnaście setek, siedem pięćdziesiątek i szesnaście dziesiątek. Razem trzy tysiące osiemset dziesięć jenów. Rachunek nie sprawił mi żadnej trudności. Zadanie było tak proste, że trudniej byłoby mi chyba policzyć palce jednej ręki. Zadowolony z siebie oparłem się o ścianę i spojrzałem na drzwi. Nie otwierały się.
Nie mogłem pojąć, dlaczego nie otwierają się tak długo. Po chwili zastanowienia doszedłem jednak do wniosku, że spokojnie mogę odrzucić obydwie hipotezy – zarówno tę o awarii maszyny, jak i tę, że zapomniano o moim istnieniu. Obydwie były nierealne. Oczywiście nie twierdzę, że tak awaria, jak i nieuwaga dyżurnego nie mogły się wydarzyć. Przeciwnie, zdaję sobie sprawę, że w rzeczywistości tego rodzaju wypadki zdarzają się dość regularnie. Chcę jedynie powiedzieć, że w tej specyficznej rzeczywistości – mam na myśli tę głupią, oślizgłą windę – brak specyficzności należałoby dla wygody odrzucić jako specyficzność paradoksalną. Czy to możliwe, żeby ktoś, kto z takim pietyzmem skonstruował tę ekscentryczną windę, nie zadbał o to, żeby się nie psuła, albo zapomniał o jej pasażerach?
Odpowiedź brzmiała „nie".
To nie do pomyślenia.
Jak dotąd oni byli nadzwyczaj, wręcz nerwowo ostrożni i precyzyjni. Zwracali uwagę na najdrobniejsze szczegóły. Przy wejściu do budynku zostałem zatrzymany przez dwóch strażników, zapytano mnie o cel wizyty, odszukano moje nazwisko na liście zapowiedzianych gości, sprawdzono moje dokumenty i porównano je z danymi w głównym komputerze, następnie przeszukano mnie wykrywaczem metalu, po czym wepchnięto do tej windy. Nawet podczas zwiedzania mennicy nie ma tak surowej kontroli. Nie, to nie do pomyślenia, żeby ich czujność wyczerpała się tak nagle, i to właśnie teraz.
