
W takim razie pozostaje ostatnia możliwość – robią to z premedytacją. Prawdopodobnie zależy im na tym, żebym się nie domyślił kierunku ruchu windy. Poruszają nią tak wolno, żebym się nie zorientował, czy winda jedzie w dół, czy w górę. Niewykluczone też, że obserwują mnie za pomocą ukrytej kamery. Dyżurka przy wejściu zastawiona była monitorami. Nie należałoby się więc zbytnio dziwić, gdyby jeden z nich pokazywał wnętrze windy.
Dla rozrywki chciałem poszukać obiektywu kamery, ale po głębszym zastanowieniu doszedłem do wniosku, że niczego w ten sposób nie zyskam. Wzbudzę jedynie ich podejrzenia, a to może się skończyć dodatkowym zmniejszeniem prędkości. Nie miałem na to ochoty. Byłem już sporo spóźniony.
Ostatecznie postanowiłem całą tę sytuację przeczekać – spokojnie, niczego szczególnego nie robiąc. Przybyłem tutaj tylko po to, żeby wykonać legalną pracę. Nie mam się czego obawiać, nie muszę się denerwować. Wsadziłem ręce do kieszeni i jeszcze raz policzyłem drobne. Miałem trzy tysiące siedemset pięćdziesiąt jenów. Żadnego wysiłku. Wykonałem zadanie w mgnieniu oka.
Trzy tysiące siedemset pięćdziesiąt? Wynik był inny.
Musiałem się pomylić. Błąd w rachunku? To niemożliwe! Nie zdarzyło mi się w ciągu tych trzech lat ani razu. Ani jednego razu! Czyżby zły omen? Bezwzględnie musiałem odzyskać straconą pozycję. Zanim zła wróżba przyniesie ostateczną klęskę.
Zamknąłem oczy i tak, jakbym przecierał szkła okularów, oczyściłem najpierw prawą, potem lewą połowę mózgu. Wyjąłem ręce z kieszeni, rozłożyłem dłonie i wytarłem je z potu. Tę część przygotowań przeprowadziłem z wprawą godną Henry'ego Fondy szykującego się do akcji w filmie Dwa złote kolty. To akurat nie ma znaczenia, ale bardzo lubię ten film. Sprawdziwszy, czy ręce są już idealnie suche, wsadziłem je do kieszeni i rozpocząłem liczenie po raz trzeci.
