VII

Łażą po Moskwie knajacy. Nastię ciągnie do nich. Dumny to naród. Tępią ich, osaczają, gniotą bez litości. A kogo nie złamią — pod mur. Knajacy trzymają się mocno. Może dołączyć do nich? Jej przecież nikt nie złamie.

Mogą ją co najwyżej zastrzelić. No to co? Ale jest jeden szkopuł: baba nie może rozkazywać knajakom. Nastia nie wie dokładnie, czy to prawda, ale tak słyszała. Tak więc nic z tego. Bo Nastia chce przewodzić. Gdyby żyła w czasach elżbietańskich lub za Katarzyny, pokusiłaby się o tron. Albo zgniłaby w Twierdzy Pietropawłowskiej. Jak księżna Tarakanowa.

Skoro kobieta nie ma szans u knajaków, znaczy nie tędy droga.

Inna społeczność rozkwita w Moskwie w najlepsze. Sprzedawcy, kelnerzy, ci, którzy mają coś wspólnego z handlem. Dobrze sobie żyją. Niezła robota.

I jeszcze jedna grupa: pisarze, artyści. Ale ich też gniotą, też łamią. A którego nie złamią — rozwalają.

No, ale kto rozwala? Ach, żeby móc przyłączyć się do tych, którzy gniotą i łamią! Tyle, że ich też ktoś gniecie, ktoś rozwala. I Nastia zdecydowała się na proletariat.

Zgłosiła się na pomocnicę odlewnika. Nie przyjęli. — To nie dla bab robota — powiedzieli.

VIII

Druga zmiana kończy pracę. Klasa robotnicza wali za bramę fabryczną. Niezmiennie powtarza się ten sam scenariusz: przez portiernię wyrywają pierwsi niecierpliwi, jak potok, który przerywa tamę. Potem strumień opada, zwęża się, sączy wąskim strumykiem, wreszcie kapie po jednej kropli. Ostatni potrafią godzinę guzdrać się w szatni, złorzecząc, na czym świat stoi.

W końcu wszystko ucicha. Nastia — myk do szafki. A tu drzwiczki na oścież i majster Nikanor.

— Przecież nie masz nawet jak nóg rozprostować. Chodź do mnie.



14 из 237