
— Gdzie?
— Nie bój się. Mam w kanciapie materac, jest się czym okryć. Możesz tam spać co noc.
I pcha się z łapskami, ciągnie ją do siebie. Dyszy chucią, wódą i czosnkiem.
— Nie — opiera się Nastia. — Dziękuję, Nikanorze Iwanowiczu, zostanę tutaj.
A oczy Nikanora nalane krwią źrebięcą, buchają żarem, jak piec martenowski. Wczepił się w nią łapskami, nie odpuści. Złość drobnymi kropelkami spływa mu po zębach. Spróbuj odmówić! Rozszarpie na strzępy.
Nastia rozluźniła ramiona, Nikanor zwalił się na nią całym ciałem. I wtedy przyłożyła mu leciutko prawym kolanem. Zgiął się wpół, puścił, ścisnął ręce w kroku. To chwila, o której marzy każdy adept sambo. Splotła dłonie, wzniosła do góry i wymierzyła majstrowi potężny cios w kark. Nikanor jęknął, osunął się na kolana. Właśnie o to chodziło. Nastia wie, że musi bić, póki jest na kolanach. Nie dać mu się podnieść. Inaczej zatłucze łopatą i nie pomogą żadne chwyty. Dlatego kolejny cios, w to samo miejsce, pod potylicę. Tym razem nogą: prawe kolano pod brodę i gwałtowny wyprost w dół. Kantem stopy w szyję.
Nikanor jęknął z bólu. Chciał wytłumaczyć, że to nieporozumienie, że nie chciał sprawić jej przykrości. Zdążył nawet otworzyć usta, lecz w tym momencie trafiła go w splot słoneczny, aż coś zabulgotało w Nikanorze i naraz zapomniał wszystkie potrzebne słowa. Nawet gdyby sobie przypomniał, nie był w stanie wykrztusić choćby jednego wyrazu. Tymczasem Nastia, nie tracąc czasu, bije piętą w wątrobę i jakieś wrażliwe wnętrzności tak, że aż stanęły mu przed oczami zielono-fioletowe koła. A Nastia wyprowadza następny cios, tym razem stopą obutą w potężny, twardy, proletariacki bucior. I znowu w czuły punkt. Nikanor w jednej chwili zrozumiał, że nie przypadkowo towarzysz Stalin szkoli milion spadochroniarzy. Nie ćwiczą dla przyjemności. Nie dla zabawy śmigają głową w dół z samolotów.
Kolejny cios butem trafił go w lewą brew.
