
Uchyliła się od łapy Nikanora, grabiącej powietrze nad podłogą i powtórzyła cios: prawe kolano pod brodę, do twarzy, po czym zdecydowany wyprost w dół. Po palcach. Żeby nie machał grabiami. Nikanor zawył z bólu. A Nastia prosto go w kolano: żeby nie mógł biec za daleko, jeżeli przyjdzie mu do głowy ją gonić.
Wstaje Nikanor, wielki i straszny. Rozerwie ją na strzępy. Boi się Nastia, ale i bawi. Łapie Nikanora za prawy przegub, tak jak uczył instruktor Skworcow i zakłada dźwignię. Rzut przez siebie, do tyłu. Pyskiem w żelazną szafkę, aż ta jęknęła od uderzenia. Nastia wie, że nie ma odwrotu. Dlatego trzyma gardę, zgodnie z zaleceniami “Regulaminu polowego”, wyprowadzając szybkie, zaskakujące kontry. Rozstrzygająca — w stos pacierzowy. Neutralizuje na dłuższy czas.
Bladym świtem następnego dnia majster Nikanor ruszył w kierunku swojej pakamery. Ma tam swój materac. Ma się czym okryć. Ruszył na czworaka, zaklinając się na wszystkie świętości, że nigdy w życiu nie tknie spadochroniarki. Też mi delicje: ani cycków, ani tyłka. W sumie niczego od niej nie chciał. Wielkie mi mecyje. Nie chce, to nie. Komu taka potrzebna? Nikanor ma takich cały wydział. Wystarczy gwizdnąć…
