
— Cudeńko — przyznał towarzysz w lśniących oficerkach. — Po co, Skworcow, pokazujecie? Ja ją zabiorę.
— Zabierzecie — przytaknął pokornie instruktor Skworcow. — Jasne jak słońce, że zabierzecie. Ale nie jesteście, towarzyszu Chołowanow, ostatnim bydlakiem, żeby takie cudo zabierać z klubu za darmo.
— Klubowi na pewno potrzebne spadochrony…
— Amerykańskie. — Skworcow skromnie spuścił wzrok. — Wiecie, jakie. Te z zieloną metką. Jedwabnik na pajęczynce.
— Znam jedwabnika. Też używam tylko amerykańskich.
— No właśnie, o nie chodzi.
— A nie pokazałeś czasem dziewuszki czekistom?
— No wiecie, jakże bym mógł…
— A wojskowym?
— Wy jesteście pierwsi. Znacie mnie nie od dziś. Jeżeli nie znajdą się spadochrony dla wiernego przyjaciela, wtedy rzeczywiście będę musiał ją…
— A jak skacze?
— Po mistrzowsku.
— Z jakiego pułapu?
— Tysiąc. Trzy tysiące. Pięć. Siedem.
— Skakała z tlenem?
— Jakżeby inaczej, na siedmiu tysiącach?
— A skoki z opóźnionym otwarciem?
— Nie zawracałbym wam głowy, gdybym sam nie sprawdził. Czuję się urażony…
— Naprawdę nikomu jej nie pokazałeś?
— Żebym miał tu zginąć, towarzyszu Chołowanow.
— Uważaj, Skworcow. Ześlę cię tam, gdzie księżyc mówi “dobranoc”. Znasz mnie. Zwiedzisz największe budowy komunizmu.
— Przysięgam, że nikomu poza wami jej nie pokazywałem.
— Dobra. Umowa stoi. Jutro dostaniesz pięć amerykańskich spadochronów.
— Sto.
