
Ciągnęli ją za ręce, nogami wlokąc po piachu. Po grudach. Po dołkach. Po korzeniach.
Mogiła rozdziawiła swą zachłanną paszczę. Spod ich butów posypały się do dołu mokre grudki białego piasku. W jednej chwili ujrzała zwłoki wszystkich rozstrzelanych tego dnia. Jeszcze ciepłe. Parujący dół oddaje wiośnie ciepłotę ludzkich ciał.
Dół jest wypełniony po brzegi. Wszystkie martwe oczy wpatrzone w nią.
Jeszcze żywą.
Pochylili jej głowę nad dołem: patrz. Patrz na sosnowe korzonki, na łopaty wetknięte w kopiec piachu, na głowy, głowy, głowy z otwartymi ustami, wywalonymi językami, z przymkniętymi na wsze czasy oczami.
Nigdy nie przypuszczała, że będzie żegnać się z życiem w takt nieśmiertelnego walca “Fale Amuru”. Ale tak wypadło. Gdzieś z daleka, zza brzeziny i leśnego jeziora, cichutko sączyła się właśnie ta melodia. Nikt jej nie słyszał. Tylko ona jedna.
Wiedziała, że to dla niej. Że ten walc dźwięczy i zaklina, by nie odchodziła. Ale wiedziała też, że czas się zbierać. Do labiryntu zwiotczałych ciał. Że czas porzucić upojny zapach wiosny dla woni zakrzepłej krwi, woni jatki, mokrego piachu i sosnowych korzeni.
A wszystko zapowiadało się tak wspaniale! Zresztą, kończy się też nie najgorzej: nie pod butami oprawców, ale od kuli.
Rozstrzelanie.
Najważniejsze w życiu to dobrze umrzeć. Pięknie umrzeć.
Każdy chciałby pięknie żyć. Lecz inni nie pozwalają żyć tak, jak by się naprawdę chciało. A nikt nie przeszkadza ładnie umrzeć. Trzeba tylko umieć to wykorzystać. Rzadko komu się to udaje. Ona spróbowała pięknie odejść ze świata. I udało się. A czas stanął w miejscu. Zamarł. A potem znów ruszył. Bardzo powoli. Za prawym uchem szczęknął zamek pistoletu. Rozpoznała bezbłędnie: Lahti-35.
