
Instruktor Skworcow opuścił igłę na brzeg płyty, patefon zakasłał, odchrząknął, jak tenor przed wyjściem na scenę i nagle zadudniły w jego trzewiach kotły, saksofony, trąbki… Nastia na moment zamarła wyprostowana, uduchowiona, jakby prąd przeszedł ją z góry na dół, jakby iskry posypały się z koniuszków palców. I ruszyła w tan.
— O, ho, ho! — słychać wśród pozostałych.
Stoją wokoło, patrzą. Niektóre nawet nie patrzą. Poszły składać spadochrony.
Tymczasem Nastia, jak nakręcony diabełek, wytańcowuje kolejne rytmy. Po jej ciele jakby fala przepływała tam i z powrotem, jakby jej ciało nie miało kości ani stawów. Tańczy w miejscu, jak wąż zaklinany brzmieniem fletu. Jakby była przytwierdzona do parkietu. Przestrzeń przy odpowiednich umiejętnościach staje się zbędna. Kto naprawdę potrafi tańczyć, nie potrzebuje sali balowej. Może tańczyć w miejscu.
Gdzieś w Kalkucie czy Madrasie doceniono by ten taniec. Albo w Chicago. Inna sprawa, że i w Moskwie został oceniony właściwie.
— No, dziewczyny, czy któraś jeszcze chce zademonstrować swoje umiejętności?
Nie ma chętnych. Dziś skoki, trzeba oszczędzać siły, nie tańce w głowie.
Śmieje się instruktor Skworcow. I szepce Nasti do ucha:
— Zuch z ciebie. Byłaś świetna! Sprzedam cię za trzy spadochrony.
IIWieczorami Nastia pracuje. Zakład “Sierp i Młot”, odlewnia, posada zamiataczki. Siedem godzin dziennie, zgodnie ze stalinowską konstytucją. A rano — kółko spadochronowe.
— Niejeden uważa, że w spadochroniarstwie najważniejsze to złożenie spadochronu, skok i lądowanie. Bzdura, dziewuszki. Nie wierzcie w te banialuki. Tylko głupek sądzi, że wystarczy wylądować i po sprawie. Nie, laleczki moje kochane, po wylądowaniu najważniejsze dopiero się zaczyna. Trzeba jak najszybciej ukryć spadochron i oddalić się z miejsca lądowania. Dlatego od dziś będziecie codziennie biegać długie dystanse. Żeby zmylić pogoń, trzeba pokonać rzekę wpław. Dlatego każdego dnia, poza maratonem, będziemy pływać kilometr. Basenu tu nie ma, ale nie jest potrzebny. Rzeka Moskwa będzie naszym basenem.
