Pozornie Don był teraz całkowicie odprężony, ale wystarczyłaby najmniejsza zmiana na tablicy, aby zareagował natychmiast. Myślami był już na „Rorqualu”, gdzie czekało go spóźnione śniadanie. Aby nie tracić czasu, zaczął układać w myśli swój raport. Wiedział, że paru osobom narobi nim kłopotu. Technicy, zajmujący się konserwacją niewidzialnych dźwiękowych i elektrycznych barier, dzielących bezmiar Pacyfiku na poszczególne gospodarstwa, będą musieli szukać dziury; biologowie, utrzymujący autorytatywnie, że rekiny nigdy nie atakują wielorybów, będą musieli poszukać jakiejś wymówki. Don był przekonany, że obie sprawy zakończą się pomyślnie i znowu wszystko będzie szło zgodnie z planem, dopóki ocean nie spłata ludziom kolejnego figla i nie postawi ich przed kolejnym problemem.

W tej chwili jednak najważniejszy był dla Dana inny, czysto ludzki problem, jaki spadł na jego barki w wyniku decyzji podjętych na najwyższych szczeblach. Wszystko zaczęło się od propozycji Departamentu Kosmonautyki, która wpłynęła do Sekretariatu Światowego. Stamtąd dotarła ona drogą służbową do Zgromadzenia Światowego, gdzie znalazła poparcie części senatorów. Tam propozycja przekształciła się w rozkaz i spłynęła w dół przez sekretariat Światowej Organizacji do Spraw Wyżywienia, do Departamentu Morskiego i wreszcie do Sekcji Wielorybów. Cała ta procedura zamknęła się w rekordowo krótkim czasie czterech tygodni.

Don oczywiście nie miał o tym wszystkim pojęcia. Dla niego cała ta biurokracja na skalę światową streściła się w jednym zdaniu, którym powitał go kapitan, kiedy zjawił się w mesie „Rorquala” na swoje spóźnione śniadanie.



10 из 205