— Jaką pracę? — spytał Don podejrzliwie. Pamiętał jeszcze swój niefortunny występ w roli przewodnika. Przybyły wówczas podsekretarz stanu wyglądał na nieco głupawego i Don odpowiednio go potraktował. Jak się później okazało, wiceminister, który nie przypadkiem zajmował tak odpowiedzialne stanowisko, był człowiekiem niezwykle inteligentnym i doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co Don robi.

— Nie wiem, — odpowiedział kapitan — i nie jestem pewien, czy oni sami wiedzą. Pozdrów ode mnie Queensland i trzymaj się z daleka od kasyn gry na Złotym Brzegu.

— Z moją pensją i tak nie mam czego tam szukać — parsknął Don. — Ostatnim razem omal nie wyszedłem z „Paradisu” bez portek.

— Za to za pierwszym razem wygrałeś parę tysięcy.

— Szczęście nowicjusza; to się już nigdy nie powtórzyło. Przegrałem już wszystko, co wtedy wygrałem, i myślę, że czas z tym skończyć. Koniec z hazardem.

— Czy to obietnica? Założę się o pięć dolarów, że jej nie dotrzymasz.

— Zgoda.

— No to płać. Przyjmując zakład przegrałeś.

Don znieruchomiał z uniesioną łyżką planktonowej pożywki, szukając wyjścia z pułapki.

— Spróbuj wyciągnąć ode mnie pieniądze — odpowiedział. — Nie masz świadków, a ja nie jestem dżentelmenem.

Don pośpiesznie dopił kawę, odsunął krzesło i wstał.

— Muszę się zbierać — powiedział. — Trzymaj się, do zobaczenia.

Kapitan „Rorquala” patrzył, jak starszy inspektor wypada z mesy niczym huragan. Przez chwilę było jeszcze słychać jego kroki na korytarzu i znowu zapanowała względna cisza. Kapitan wrócił na swój mostek.

— Trzymajcie się tam, w Brisbane — mruknął pod nosem, po czym zebrał się do nastawiania zegarów i układania zjadliwego memoriału do Kwatery Głównej, z zapytaniem, jak ma kierować statkiem, kiedy trzydzieści procent załogi jest stale na urlopie albo w delegacji służbowej. Jeśli nie wymawiał pracy, to tylko dlatego, że choćby nie wiem jak długo myślał, nie potrafiłby wymyślić dla siebie bar; dziej odpowiedniego zajęcia.



11 из 205