— Mam nadzieję, że jesteś mi wdzięczna za to, co dla ciebie zrobiłem — mruknął Don, po czym doszedł do przekonania, że widok miłości macierzyńskiej w pięćdziesięciotonowym wydaniu przekracza jego siły, opróżnił więc zbiorniki balastowe i wynurzył się na powierzchnię. Morze było tak spokojne, że otworzył właz i wysunął głowę z małej wieżyczki. Woda była zaledwie o kilka cali od jego twarzy i od czasu do czasu fala wznosiła się, grożąc wdarciem się do środka. Na szczęście Don tak dokładnie wypełniał sobą otwór, że stanowił doskonały korek.

W odległości może pięćdziesięciu stóp kołysał się na fali szary, podłużny kształt, przypominający odwróconą do góry dnem łódź. Don zmierzył go wzrokiem, zastanawiając się, ile sprężonego powietrza trzeba w niego wpakować, żeby nie zatonął do czasu przybycia statku gospodarczego. Za kilka minut złoży meldunek przez radio, ale na razie chciał nacieszyć się chłodnym powiewem wiatru, czuć nad głową niebo i patrzeć na słońce, rozpoczynające swoją wspinaczkę ku zenitowi.

Don Burley był jak szczęśliwy rycerz odpoczywający po walce, po tej jedynej walce, którą człowiek będzie musiał toczyć zawsze. Był jednym z obrońców ludzkości przed widmem głodu, które przestało zagrażać światu od czasu, gdy wielkie pola planktonu zaczęły dawać miliony ton białka, a stada wielorybów były posłuszne swoim nowym panom. Człowiek po miliardach lat wygnania wrócił do morza, swojej dawnej ojczyzny, i dopóki ocean nie wyschnie, człowiek nigdy już nie zazna głodu…

Jednak świadomość tego nie była dla Dona główną przyczyną zadowolenia. Lubiłby to zajęcie, nawet gdyby nie miało ono żadnego praktycznego znaczenia. Ze wszystkiego, co życie miało mu do zaofiarowania, nic nie mogło równać się z satysfakcją i chłodnym poczuciem władzy, jakie go przepełniały, kiedy wy ruszał na takie zadanie jak dzisiaj. Władza? Tak, to było właściwe słowo. Ale władzy tej nigdy nie nadużyje, gdyż łączy go zbyt wielkie poczucie wspólnoty ze wszystkimi mieszkańcami morza — nawet tymi, których musi z obowiązku zabijać.



9 из 205