Dyrektor Gary, który znał się na ludziach prawie równie dobrze jak na ssakach morskich, wyczuł natychmiast jego napięcie i postarał się je rozładować.

— A, to ty, Franklin! — zawołał z nieco przesadną serdecznością. — Mam nadzieję, że czujesz się tu dobrze. Czy moi ludzie zajęli się tobą?

Walter nie musiał głowić się nad odpowiedzią, bo dyrektor nie pozwolił mu nawet otworzyć ust.

— Przedstawiam ci Dona Burleya — mówił dalej. — Don jest starszym inspektorem na „Rorqualu” i jednym z naszych najlepszych pracowników. Będzie się tobą opiekował. Don, to jest Walter Franklin.

Wymienili ostrożny uścisk dłoni, mierząc się nawzajem wzrokiem. Potem na twarzy Dona ukazał się wymuszony uśmiech. Był to uśmiech człowieka, który dostał niezbyt przyjemne zadanie, lecz mimo to postanowił wykonać je najlepiej, jak się tylko da.

— Miło mi cię poznać — powiedział Don. — Witamy w Syrenim Patrolu.

Franklin próbował skwitować ten stary dowcip uśmiechem, ale nie bardzo mu to wyszło. Wiedział, że ci ludzie starali się mu pomóc i że powinien okazać im sympatię. Był to jednak głos rozsądku, nie zaś serca; nie potrafił odprężyć się i wyjść im na spotkanie. Obawa przed litością z ich strony i dręczące podejrzenie, że pomimo wszelkich zapewnień dotarły tu jakieś plotki na jego temat, paraliżowały w nim wszelkie przyjazne odruchy.

Don Burley nie zdawał sobie z tego wszystkiego sprawy. Wiedział tylko, że gabinet dyrektora nie jest odpowiednim miejscem do zawierania znajomości z nowym kolegą, i Franklin sam nie wiedział, kiedy znalazł się wśród tłumu na George Street, a zaraz potem w małym barku naprzeciwko, poczty.

Gwar miasta był tu ledwie słyszalny, chociaż przez ściany z kolorowego szkła widziało się sylwetki przechodniów. Przyjemny chłód kontrastował z upałem panującym na ulicach; miejscowi politycy wciąż sprzeczali się o to, czy miasto Brisbane ma otrzymać klimatyzację i z jaką firmą zawrzeć wielomilionowy kontrakt, a na razie mieszkańcy oblewali się potem jak co roku w lecie.



13 из 205